sobota, 6 sierpnia 2016
Nastał czas na własny miejsce w sieci!
Kiedyś musiała nastąpić ta wiekopomna chwila - teraz znajdziecie mnie pod własnym adresem www tutaj:
Zapraszam! ;)
sobota, 23 stycznia 2016
Najgorsza komedia roku? – recenzja filmu The Ridiculous 6
Netflix przyzwyczaił nas do serwowania bardzo dobrych seriali – zarówno komediowych (Unbreakable Kimmy Schmidt, Master of None) jak i dramatów (House of Cards, Sense8). Na dokładkę można dodać produkcje na podstawie komiksów Marvela (Daredevil oraz Jessica Jones). Jednak dopiero niedawno na platformie pojawiły się autorskie filmy. Beasts of No Nation z Idrisem Elbą zebrał bardzo dobre opinie wśród widzów i krytyków, jednak kolejna produkcja – The Ridiculous 6 ściga się w zupełnie innej konkurencji – najgorszego filmu 2015 roku. I ma spore szanse ten niechlubny tytuł zdobyć.
niedziela, 27 września 2015
Recenzja filmu Marsjanin, czyli jak dobrze przedstawić hodowlę ziemniaków w kosmosie
Ridley Scott to bez wątpienia
utalentowany reżyser. Ale jego ostatnie filmy, nie zaliczyłabym do najbardziej udanych
– zarówno Prometeusz, jak i Robin Hood oraz Exodus: Bogowie i królowie to
produkcje, które miały potencjał bycia czym lepszym. Ale niestety nie wszystko
zagrało tak, jak powinno. Dlatego do ekranizacji jednej z najciekawszych
powieści science fiction ostatnich lat, Marsjanina autorstwa Andy’ego Weira, podchodziłam
z dużym dystansem. Chociaż zwiastuny zapowiadały, że możemy mieć do czynienia z
naprawdę udaną produkcją.
wtorek, 15 września 2015
Assassin's Creed IV: Black Flag, czyli dlaczego nie zagrałam w to wcześniej?!
Assassin’s Creed IV: Black Flag
ukazał się w 2013 roku i towarzyszył premierze konsol najnowszej generacji.
Jednak z powodu ogromnych zaległości growych, serialowych i książkowych,
sięgnęłam po ten tytuł Ubisoftu dopiero teraz. I wiecie co? Żałuję, że nie
zrobiłam tego wcześniej.
Ubisoft podeszło do tematyki
pirackiej bardzo ambitnie, przez co gracz co chwila zaskakiwany jest nowymi
możliwościami. Owszem, część z nich pojawiła się już wcześniej (minigierki,
bitwy morskie, polowanie na zwierzęta) ale i tak – to czwarta część serii jest
tą największą i najbardziej klimatyczną (nie grałam jeszcze w Rogue i Unity,
ale i na nie przyjdzie pora).
| Źródło: http://steamcommunity.com/sharedfiles/filedetails/?id=518687859 |
piątek, 19 czerwca 2015
Seriale do nadrobienia w wakacje cz. 1
W poniższym wpisie zaprezentuję Wam seriale, które ja osobiście już oglądałam i polecam (albo jestem w trakcie oglądania). W kolejnej części, która ukaże się "na dniach", zamieszczę pozostałe pozycje, które nie zmieściły się w tym zestawieniu.
Lato to doskonały czas na nadrobienie zaległych seriali - część z nas ma wreszcie upragnione urlopy, a jeszcze inni mogą odsapnąć od szkoły/uczelni. Na dodatek w telewizji ogólnodostępnej w te upalne miesiące dzieje się bardzo mało i w tym czasie prym wiodą Showtime i HBO. Jest to więc czas maratonów filmowych dla każdego serialoholika.
wtorek, 16 czerwca 2015
Premierowy odcinek space opery Dark Matter, czyli miało być mrocznie, wyszło przeciętnie
Zawsze lubiłam seriale science fiction. Byłam w stanie
przymknąć oko na nie zawsze odpowiednie efekty specjalne i czasami bezsensowne
wątki i wyjaśnienia, „jak coś działa”. Zdarzały się produkcje, które uwielbiam
do dziś – westernowe Firefly, rewelacyjne australijskie Farscape (całe
szczęście Claudia Black podkłada głoś w wielu grach komputerowych i można ją
usłyszeć między innymi w Uncharted i Dragon Age), niezłe Defiance i odkryte
niedawno The 100 (gdy skończę drugi sezon, naskrobię recenzję). Do mającego
polską premierę tuż po światowej Dark Matter, podchodziłam z dużym dystansem.
Bardzo dużym.
O produkcji nie czytałam wcześniej zbyt wiele, oprócz informacji o tym, że takowy tytuł
powstaje. Dark Matter to serial twórców Gwiezdnych wrót oraz Lost Girl
(Zagubiona tożsamość), w Polsce pokazywany na Scifi Universal. Space opera
powstała na bazie powieści graficznej o tym samym tytule, wydanej w 2012 roku
przez Dark Horse.
Na papierze wszystko wygląda świetnie – szóstka nieznanych
sobie bohaterów budzi się z hibernacji na opuszczonym statku. Żadne z nich nie wie,
kim jest i co się wydarzyło. Wspólnie postanawiają odkryć, kim są i co poszło
nie tak. Przy okazji każde z nich odkrywa, w czym kiedyś było najlepsze –
władaniu szablami, korzystaniu z najnowszych technologii itd. Szybko nasi
arcyciekawi bohaterowie natrafiają na granego przez Zoie Palmer androida. I to
tak naprawdę jedyna postać, która wzbudza jakiekolwiek emocje i chce się ją
oglądać na ekranie. A nie jest człowiekiem.
Bohaterowie dość szybko odnajdują się w swoich szablonowych
rolach w drużynie (mięśniak, wiecznie zdenerwowany, ekspertka od wyjaśniania „jak
to działa” itd.) i już teraz widać zadatki na dalsze
facepalmy przy oglądaniu poczynań szóstki.
Bardzo rozbawiło mnie to, że android sterujący statkiem
najwidoczniej nie należy do mistrzów w swojej dziedzinie i rozważam opcje w tak
szybkim tempie, jak jest to w stanie powiedzieć aktorka. Efekty specjalne (a
zwłaszcza podróże statkiem) przypominają na myśl seriale z początku lat
90-tych. To dałoby się oczywiście znieść, gdyby nie to, że sceny walk również
póki co nie należą do najlepszych, wypadają drętwo i sztucznie. To samo dotyczy
większości obsady. Jest to oczywiście dopiero pierwszy odcinek, a już
niejednokrotnie zmieniałam zdanie odnośnie serii po obejrzeniu większej liczby
odcinków (Spartacus, ostatnio The 100).
Zakończenie odcinka oferuje zwrot akcji i ujawnienie
tożsamości bohaterów, jednak mam nadzieję, że nie będzie to tak proste, jak
zostało przedstawione w ostatnich minutach. Po jednym odcinku wiele może się jeszcze zmienić (i mam nadzieję, że tak się stanie), chociaż mam wątpliwości odnośnie tego, czy uda im się zmienić aż tak wiele. W końcu zamiast czekać i męczyć się kolejnymi odcinkami, można po prostu sięgnąć po inny serial (obejrzyjcie koniecznie Farscape). Pierwszy sezon liczy 13 odcinków i
póki co nie wiadomo, czy zostanie zamówiony drugi sezon.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Corsair K70 MX Blue, czyli pierwsza przygoda z klawiaturą mechaniczną
Lubię pisać. I to nie tylko
dłuższe teksty, ale również podczas rozgrywek w grach – szybko odpisywać znajomym
(a jeśli akurat jest to mecz w multi, od razu ginąć). Do tej pory korzystałam z
klawiatury Razer Deathstalker, ponieważ zawsze lubiłam układ klawiszy znany z
laptopów i pisało mi się na nim całkiem nieźle. Chociaż, robiłam na nim dość
dużo literówek, ponieważ klawisze nie były wyprofilowane, a w grach zdarzało mi
się nie trafić w odpowiedni klawisz i umrzeć w tempie ekspresowym. A potem
weszłam w posiadanie klawiatury mechanicznej i… to była miłość od pierwszego
wejrzenia.
Klawiatury mechaniczne nie są dla każdego. Ich budowa
znacząco różni się od standardowych, niespecjalistycznych klawiatur do pisania
albo grania – większość z nich to klawiatury membranowe. Co jest innego w
mechanicznych? Sposób wykonania klawiszy. Najbardziej znane klawisze należą do
firmy Cherry MX i w zależności od zastosowania oferują inną siłę nacisku i
dźwięk. Poniżej znajdziecie gift prezentujące zastosowanie dwóch
najpopularniejszych z nich : nastawionych głównie na granie redów (mają bardzo szybki
czas reakcji, ale przy pisaniu można łatwo popełniać błędy) i bardziej uniwersalne,
z charakterystycznym klikiem Cherry MX Blue.
Źródło gifów: http://lifehacker.com/how-to-choose-the-best-mechanical-keyboard-and-why-you-511140347
Po przeprowadzeniu dość długiego researchu i obejrzeniu
kilkunastu recenzji różnych klawiatur mechanicznych, zdecydowałam się na
Corsaira K70 z klawiszami Cherry MX Blue. W Polsce znacznie większą
popularnością cieszą się produkty firmy Razer (od jakiegoś czasu nie korzystają
z klawiszy Cherry i produkują w Chinach własne odpowiedniki), nieźle radzi
sobie również marka Tesoro. Corsair przyciągnął mnie jednak bardzo ciekawym
designem i podkładką pod nadgarstki.
Klawiatury mechaniczne nie należą do najtańszych i są
postrzegane jako high-endowe akcesoria dla graczy. Dlatego w ramach
racjonalnych wyborów, zdecydowałam się na wersję z czerwonym podświetleniem, a
nie wielokolorowym RGB. Wielokolorowa klawiatura na pewno wyglądałaby jeszcze
lepiej na biurku, ale i bez tego K70 spełnia swoje zadanie i prezentuje się
bardzo dobrze. Na odatek w standardzie otrzymałam specjalne, czerwone
wyprofilowane wymienne klawisze WSAD-u oraz numeryczne 1-6. Klawisze wyjmuje
się niezwykle łatwo specjalnym narzędziem i trzeba się BARDZO postarać, aby je
uszkodzić. A gdy chcemy pograć, wyprofilowane przyciski nadają się idealnie.
Klawiatura mechaniczna wymaga jednak przyzwyczajenia. Po
pierwsze, jeśli wcześniej korzystaliśmy z klawiatur w laptopach lub modeli
takich jak Razer Deathstalker, większy skok klawiszy początkowo będzie
uciążliwy. Ale tylko początkowo. Wyprofilowanie klawiszy, a w przypadku
przełączników Cherry MX Blue również wyraźny skok w połowie klawisza (klawisz
już wtedy jest uznawany za naciśnięty) sprawiają, że będziemy pisać o wiele
szybciej i popełnimy znacznie mniej błędów.
Przełączniki Blue dobrze nadają się również do grania (chociaż tu prym wiodą przełączniki Red oraz Brown) - umożliwiają znacznie szybszą reakcję na zdarzenia dziejące się na ekranie i równoczesne naciśnięcie wielu klawiszy (tzw. antighosting). Po kilkunastu minutach w Battlefieldzie biegało mi się znacznie lepiej (latanie helikopterem to nadal coś, co przyczynia się do zwiększenia szans przeciwnego teamu na zwycięstwo), a i oddalone od WSAD-u przyciski nie sprawiały takich trudności w trafieniu. Często słucham na komputerze muzyki, korzystając ze Spotify'a. Ogromny plus za to, że obecne w prawym, górnym rogu klawisze multimedialne obsługują i ten program. Dzięki temu nawet podczas grania możemy zmienić piosenkę zmniejszyć głośność.
![]() |
| Tak prezentuje się narzędzie do wyjmowania klawiszy |
Inną bardzo fajną opcją jest regulacja podświetlenia - ta opcja powoli przechodzi już do standardu w produktach dla graczy, jednak Corsair zaoferował również ciekawą funkcję - klawisze nie są podświetlone, a dioda pod klawiszem uruchamia się na parę sekund tylko po tym, jak ją naciśniemy. Daje to fajne efekty podczas pisania i zachęca do zwiększania szybkości klikania.
Nie ma jednak produktu bez wad. W tym wypadku jest to
głośność użytkowania. Jeśli uwielbiamy charakterystyczny klik rodem ze starych
klawiatur, będziemy zadowoleni. Jeśli nie – powinniśmy zastanowić się nad
założeniem specjalnych nakładek wyciszających pod klawisze lub kupnem
klawiatury membranowej. Mieszkając sama nie mam żadnego problemu z głośnymi
salwami kliknięć w ciągu nocy, ale jeśli macie innych domowników niż kot, mogą
być oni bardzo niezadowoleni z waszego zakupu. Charakterystyczny dźwięk słychać
nawet podczas noszenia słuchawek.
Jeśli nie przeszkadza wam wspomniany hałas i cena (kosz takiej klawiatury to od 300 do nawet 650 zł), a chcecie mieć długowieczną klawiaturę z charakterystycznym klikiem (poniżej filmik z próbkami dźwiękowymi) i szybkim czasem reakcji - dajcie szansę klawiaturze mechanicznej. Przed zakupem przetestujcie jednak ten typ klawiatury u znajomych lub w jednym ze sklepów komputerowych. Ja po zakupie K70 nie planuję już wracać do klawiatur membranowych :)
Jeśli nie przeszkadza wam wspomniany hałas i cena (kosz takiej klawiatury to od 300 do nawet 650 zł), a chcecie mieć długowieczną klawiaturę z charakterystycznym klikiem (poniżej filmik z próbkami dźwiękowymi) i szybkim czasem reakcji - dajcie szansę klawiaturze mechanicznej. Przed zakupem przetestujcie jednak ten typ klawiatury u znajomych lub w jednym ze sklepów komputerowych. Ja po zakupie K70 nie planuję już wracać do klawiatur membranowych :)
niedziela, 14 czerwca 2015
3 sezon Orange Is the New Black, czyli jak przetrwać w szalonym systemie
Netflix to firma, która nieustannie serwuje nam dobre
jakościowo seriale. Na dodatek, ponieważ są one dostępne tylko online, nie dotyczą
ich reguły rządzące programami emitowanymi w telewizji ogólnodostępnej w USA.
Najnowsze serial Wachowskich Sense8, polityczne mistrzostwo House of Cards oraz
najmroczniejszy serial Marvela – Daredevil – te produkcje nie mogły powstać
gdzie indziej. Podobnie jest z Orange Is the New Black. Historia na bazie
autobiograficznej książki Piper Kerman o kobietach przebywających w więzieniu o
niskim rygorze przed premierą nie zapowiadała się na aż tak wielki hit. A
okazało się, że przygody Piper i pozostałych osadzonych pokochali zarówno
krytycy, jak i widzowie.
Moje oczekiwania wobec trzeciego sezonu również były bardzo
wysokie – pierwszy i drugi sezon trzymały poziom, na dodatek do stałej obsady
miała powrócić postać Alex Vause, granej przez Alex Vause. Trzynaście nowych
odcinków pochłonęłam w dwudniowym maratonie i już teraz mogę napisać – z niecierpliwością
czekam na czwarty, już potwierdzony sezon.
Uwaga!!! Poniższa recenzja to wrażenia z trzeciego sezonu,
nie mogło więc obyć się bez odwoływania do konkretnych postaci i wydarzeń.
Czujcie się ostrzeżeni przed spoilerami ;)
W więzieniach w USA przebywa ponad 2,2 miliona osób. I
większość z nich, nawet jeśli uda im się z nich wyjść, szybko do nich wraca.
OItNB to tragikomedia i pomimo tego, że dużo w niej humoru, całościowy odbiór
sytuacji uwięzionych nie jest w żaden sposób zabawny. I to właśnie o tym jest
trzeci sezon. Czy więzienie resocjalizują? Są odpowiednią karą za zbrodnie?
Pomagają powrócić na łono społeczeństwa? Jeśli serial Netflixa miałby być tego
wyznacznikiem, mogłabym napisać tylko jedno – nie za bardzo.
Piper Chapman chyba nigdy nie była moją ulubioną bohaterką –
zapatrzona w siebie, narcystyczna i ciągle żyjąca w przekonaniu, że jest jedną
z tych dobrych. A im więcej oglądamy odcinków, tym bardziej zaczynamy w to
wątpić. Wątek jej związku z Larrym został ostatecznie zakończony (i dobrze,
postać grana przez Jasona Biggsa do najciekawszych nie należała, ale nie od
dziś wiadomo, że Orange to serial przede wszystkim o kobietach), a do więzienia
powraca Alex. Biorąc pod uwagę ogromną chemię, jaka łączyła te bohaterki i
skomplikowaną przeszłość, można było spodziewać się, że scenarzyści zaoferują
nam więcej scen Alex z Piper i flashbacków z życia tej pierwszej. Nic z tego.
Najwidoczniej będziemy musieli poczekać na to do czwartego sezonu. Trochę to
rozczarowujące, biorąc pod uwagę znikomą obecność Alex w drugim sezonie, ale za
to mamy całkiem ciekawy wątek Piper. Dlaczego ciekawy? Ano bo oglądając
wcześniej setki innych seriali i filmów, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że
prężnie rozwijający się biznes Piper w sprzedawaniu noszonej przez więźniarki
bielizny kiedyś wyjdzie na jaw. I bohaterka sama zafunduje sobie więcej lat za
kratkami. Póki co odkrywa w sobie gangstera i nie słucha ostrzeżeń Alex.
![]() |
| Piper rozwija swoje umiejętności |
W poprzednich sezonach postacie męskie były najogólniej
rzecz mówiąc nieistniejące – Hayley bywał wkurzający, wyskakując z rasizmem, mizoginistycznymi
wypowiedziami i homofobią (doprawdy, wybrał sobie świetne miejsce do pracy, pasujące
do jego charakteru) a Pornstache po prostu był Pornstache (w tym sezonie jego
chwilowy comeback jest świetny). W tym jest już lepiej. Zajmujący się sprawami
technicznymi w więzieniu Joel Luschek jest naprawdę zabawny, a mający na uwadze
dobro więźniarek i stan więzienia Joe Caputo toczy walkę z korporacją i rosnącymi
wymaganiami pracowników. A to prowadzi do rewelacyjnego finału sezonu, który
dorównuje temu, co zaserwowano nam pod koniec pierwszego sezonu. Jest ciekawie!
Sezon pochłonęłam jak przystało na serialoholika - szybko i z małymi przerwami. I niestety miałam uczucie niedosytu. Trzynaście odcinków trzyma poziom, ale brakuje zamknięcia wątków, za to mnożą się pytania o przyszłość większości bohaterów. Wątek Alex został urwany w krytycznym momencie (a i tak było jej za mało ;(, Piper postanowiła zostać samotnym wilkiem i bez większych skrupułów ukarała osobę, która ukradła jej oszczędności i tym samym sprowadziła na nią przedłużoną odsiadkę w więzieniu o wyższym rygorze. A wspomniany wątek tego, kto zajmie się dzieckiem Diaz (która nadal nie ma własnego zdania) będzie się ciągnął i ciągnął i w przyszłym roku. Jedno jest pewne – potencjał na nowe odcinki jest i to ogromny. Netflix znowu nie zawiódł, dostarczając tytuł, który pod zabawną otoczką i humorem, pokazuje trudne i smutne historie kobiet, które w pewnym momencie wybrały źle i teraz płacą za to cenę.
piątek, 19 września 2014
Dlaczego oglądam seriale, a filmy poszły w odstawkę
Nigdy nie byłam aż tak wielką
fanką filmów. Owszem, lubiłam je oglądać, ale wolałam sięgnąć po książkę albo
grę komputerową. A gdy zaczęłam oglądać seriale (zaczęło się w czasach
podstawówki od Smallville oraz Przyjaciół), filmy oglądałam znacznie rzadziej,
nigdy w telewizji, a raczej nowe produkcje w kinie. I czuję się z tym świetnie,
zwłaszcza, że seriale potrafią zaoferować moim zdaniem znacznie więcej i to z
paru powodów.
Nie wyobrażam sobie takiego wciągnięcia przez jakąkolwiek serię filmową ;)
Na przestrzeni lat zmieniała się
branża filmowa, ale to samo nie mogło ominąć branży serialowej, która moim
zdaniem przeszła znacznie większą rewolucję – od pierwszego całogodzinnego
serialu HBO OZ, poprzez Zagubionch, aż po rewelacyjne produkcje Netflixa Orange
is the New Black oraz House of Cards. Produkcji, które nadal mam do nadrobienia
i chciałabym obejrzeć cały czas przybywa i nic nie zwiastuje tego, że miałoby
się to zmienić. Natomiast jeśli chodzi o filmy – tutaj już od dłuższego czasu
ograniczam się do swoich lubionych filmów o superbohaterach oraz produkcji,
które są nagradzane i nominowane do Oscarów i Złotych Globów. Nie przeciągając
już dłużej, w punktach i z GIFami z Tumblra (tak, za to też uwielbiam seriale,
ogromny support fanów i liczne materiały).
Długość ma znaczenie
Większość filmów trwa od 90 do
120 minut. Przywykliśmy już do tego tak bardzo, że czasami nie potrafimy
usiedzieć w kinie na dłuższym filmie. Wynika to oczywiście z tego, że im film
krótszy, tym więcej razy można wykorzystać danego dnia salę kinową, więc większość
dystrybutorów stara się to wykorzystać jak najlepiej. Często filmy na tym
bardzo cierpią – pojawia się jedna scena, która z pewnością mogłaby prowadzić
do rozwinięcia jakiegoś wątku, ale szybko odchodzi w zapomnienie, albo postać
bohatera posiada motywację do działań wyjaśnioną w jednym zdaniu.
Scenarzyści muszą się bardziej
wysilić, przy tworzeniu takich filmów ja Avengers – w końcu każdy z bohaterów
powinien mieć chwilę dla siebie, szansę na pokazanie swojego charakteru i
wejście w interakcję z innymi postaciami, ale jak zrobić to w tak krótkim
czasie, nie zapominając o akcji? Co na dodatek dla mnie najgorsze (jestem
wielką fanką villainów i postaci niejednoznacznych, wierzę, że pewnego dnia będę
mogła obejrzeć film, w którym zło triumfuje i nie robi w finałowych scenach
idiotycznych błędów, żeby dać fory tym dobrym) źli bardzo często są sprowadzeni
do tego, że po prostu są źli. Całkiem nieźle udało się sprostać temu wyzwaniu
scenarzystom „Królewny Śnieżki i Łowcy”. O ile pojawia się tam Kristen Stewart
i pod koniec wygłasza tak nieprzekonującą przemowę, że w kinie prawie wybuchłam
śmiechem, to sam film warto obejrzeć z powodu postaci Złej Królowej. Postać ta
kradnie wszystkie sceny i to jej do końca kibicowałam.
Z serialami jest inaczej,
ponieważ mają przeważnie od 10 do 24 odcinków, do tego podzielone są na sezony.
Oznacza to, ze twórcy mają o wiele więcej czasu na przedstawienie charakterów
oraz fabuły. Często powstają oczywiście odcinki – zapychacze, albo serial jest
po prostu zlepkiem odcinków praktycznie ze sobą niepowiązanych poza „sprawami
odcinka” (tak było z Elementary, do tej pory nie dotrwałam do finału drugiego
sezonu).
Bohaterzy nabierają głębi
Skoro seriale mają więcej odcinków,
to pojawia się szansa na pokazanie bohaterów, których można określić większą
liczbą przymiotników, pokazać ich przeszłość i środowisko. Najlepszy przykład?
Zagubieni. Flashbacki należały do moich ulubionych momentów w tej produkcji, a
wiele z tamtych postaci do dziś z łatwością wcisnęłoby się do mojego
zestawienia ulubionych bohaterów. Innym dobrym przykładem tego, jak można
pokazywać przeszłość postaci jest Once Upon a Time, chociaż dopiero zaczęłam to
oglądać i jestem w połowie pierwszego sezonu, Evil Queen/Regina jest głównym
powodem, dla którego oglądam ten serial. Pomimo tego, że produkcja jest
nadawana w stacji ogólnodostępnej i stara się raczej nie przesadzać z
mroczniejsza tematyką, to w powolnym tempie pokazuje to, jak bohaterka
zmieniała się w wyniku nieszczęść, pogrążenia w gniewie i chęci zemsty. I nawet
po przenosinach do czasów współczesnych, często niesłusznie jest oskarżana o
złe intencje i czyny. W końcu, ciężko zapomnieć o przeszłości i środowisko
niejako wymusza na niej takowe zachowanie. Na pewno w przyszłości na blogu
pojawi się oddzielny tekst o tym serialu i sposobie, w jaki scenarzyści bawią
się motywami znanymi z baśni i legend.
Najciekawszy motyw w Once Upon a Time - czy można się zmienić?
Co prawda nadal przede mną parę
seriali, które powinnam obejrzeć (do tej pory nie widziałam American Horror
Story, True Detective i Fargo), ale cieszy mnie to, że amerykańska widownia
jasno zwraca swoją uwagę na seriale, które w znacznej mierze opierają się na
bohaterach, rzadziej oglądając typowe procedurale (Bones, Mentalist, CSI we
wszystkich możliwych miastach). House of Cards odniosło ogromny sukces przede
wszystkim dzięki pokazaniu charyzmatycznej pary, która posunie się do
wszystkiego, aby zdobyć władzę. Intrygi, manipulacja innymi – Claire i Frank
tak bardzo intrygują widzów, ponieważ przedstawiają bohaterów, którzy chcą w
sowim życiu coś innego niż szczęśliwa miłość, stadko dzieci albo dobro całego
świata. A nie są przy tym do końca pozbawieni uczuć i jednowymiarowi. Scena
wywiadu Claire i wyjawienie zdarzeń z jej przeszłości to jedna z najlepiej
rozpisanych scen, jakie miałam okazję ostatnio obejrzeć.
Większa swoboda twórcza
Stacje takie jak Showtime, HBO
czy też Netflix nie boją się podejmować ryzykownych decyzji, dając szansę
najbardziej oryginalnym projektom. I to jest jedna z kluczowych przyczyn sukcesu
stacji kablowych. Nie wiążą ich takie ograniczenia względem brutalności,
tematyki ani ilości seksu na ekranie. Dzięki temu HBO emituje Grę o Tron, Starz
wypuściło jeden z najlepszych seriali jakie widziałam (a na pewno z jednym z
najbardziej satysfakcjonujących finałów) czyli Spartacusa, Showtime zrobiło
serial Masters of Sex a BBC America produkcję, gdzie jedna aktorka wciela się w
kilkanaście klonów. Z każdym rokiem przeglądając zapowiedzi serialowe, coraz
mniej patrzę na to, co ma do zaoferowania NBC, FOX i reszta ogólnodostępnych
stacji, a patrzę na produkcje Netflixa, HBO i reszty. A o widza serialowego
zaczynają walczyć też HISTORY, Discovery, Amazon, Cinemax oraz SundanceTV.
Jeden z wielu rewelacyjnych monologów Franka Underwooda
Bo przecież bohaterami mogą być
również kobiety
Kobiety w filmach rzadko kiedy są
głównymi bohaterkami, a już prawie nigdy nie zdarza się to w wysokobudżetowych
produkcjach. Pewnie, zaczyna się to powoli zmieniać, ale o ile w filmach jest
to tempo spacerowe, to w serialach jest to już powolny bieg. Weźmy parę
przykładowych produkcji z ostatnich lat – Amazing Spider-Man 2, Avengers, Iluzja,
W ciemność. Star Trek – kobiety oczywiście się tam pojawiają, a jakże, jednak
zawsze grają drugoplanowe role, zawsze ostatecznie przekonują się do racji
głównych bohaterów i raczej nie mają własnych wątków pobocznych.
Słyszeliście może o teście
Bechdel? Jest to test, sprawdzający, czy dany film/serial/książka posiada
chociażby jedną scenę z dwiema kobietami, które ze sobą rozmawiają o czymś
innym, niż mężczyźni. Pomyślcie o ostatnich filmach, które widzieliście i
spróbujcie przywołać takie sceny. Dla zainteresowanych – zestawienie 10 znanych
produkcji filmowych, które ten test oblewają: http://filmschoolrejects.com/features/10-famous-films-that-surprisingly-fail-the-bechdel-test.php
W serialach jest już o wiele
lepiej, chociaż nadal sytuacja nie jest aż tak dobra. Przykładowo, jak często
Beckett z Castle’a ma okazję porozmawiać z inną postacią żeńską? Która nie jest
prawdopodobnym sprawcą? Na przykład z córką bohatera, albo jego matką? Ten
brak idealnie wykorzystał Netflix z Orange
is the New Black. Akcja osadzona jest w żeńskim więzieniu, a postacie męskie
pełnią tam właściwie rolę tła. I okazuje się, że produkcja skupiająca się na
kobiecych problemach i relacjach między nimi może być równie ciekawa.
Podobnie z inną produkcją, którą
odkryłam całkiem niedawno – Orphan Black. Nie chciało mi się wierzyć
zapewnieniom, że serial o żeńskich klonach, granych przez tą samą aktorkę może
być ciekawy. A jednak okazuje się, że tak jest. Tatiana Maslany wciela się w
rolę bohaterek, które dzielą to samo DNA, ale różnią się wyglądem, charakterem
i tym, jak spoglądają na życie, że aż ciężko wybrać jedną bohaterkę, której
kibicuje się najbardziej.
Idealny przykład rozwoju postaci w Orphan Black i to co lubię najbardziej - siostrzanej relacji (yup mam siostrę i zrobiłabym dla niej wszystko)
Nawet w serialach stacji
ogólnodostępnych można zauważyć zmianę. Postać Abbie Mills z Jeźdźca bez głowy
(Sleepy Hollow brzmi o wiele lepiej) jest silną, czarnoskórą postacią
pierwszoplanową (obawiałam się, że będzie mnie irytować równie mocno co Tara z True Blood, ale nie! ^^), na dodatek scenarzyści potwierdzają, że pomiędzy
nią a Ichabondem będą więzy przyjaźni, ale nie liczmy na love story, ponieważ
serce bohatera należy do Katriny.
Możliwość dyskusji i reakcji na
sugestie fanów
Stworzenie filmu zajmuje dużo
czasu, a każda scena, która pojawi się w ostatecznej wersji jest szeroko
dyskutowana i analizowana. Nie będzie już szansy na to, żeby pokierować
bohaterów w inną stronę, albo zmienić któryś wątek fabularny. W przypadku
seriali takie coś jest jak najbardziej możliwe, a twórcy coraz chętniej z tego
korzystają. Netflix analizuje, które odcinki fani oglądali najchętniej, które
sceny uruchamiali ponownie, a co przewijali. Dzięki temu doskonale wie, czego
naprawdę chcą widzowie i im to dostarcza. Zamiast sprzedawać gotowy produkt i
zachęcać do jego kupna, sprawdzają najpierw, co chcieliby widzowie. I tak oto w
Orange is te New Black w trzecim sezonie pojawi się więcej Alex (Laura Prepon
miała niestety bardzo napięty kalendarz i nie mogła wystąpić w większej liczbie
odcinków drugiego sezonu), a w drugim sezonie House of Cards dość szybko
pozbyto się jednej z irytujących postaci.
Postać Felicity podbiła serca fanów serialu Arrow tak szybko, że stała się jednym z najważniejszych członków obsady, a w trzecim sezonie ma jej być jeszcze więcej. Jakby tego byłoby mało, będzie się również pojawiać w komiksach.
Postać Felicity podbiła serca fanów serialu Arrow tak szybko, że stała się jednym z najważniejszych członków obsady, a w trzecim sezonie ma jej być jeszcze więcej. Jakby tego byłoby mało, będzie się również pojawiać w komiksach.
![]() |
| Oliver i Felicity z Arrowa |
Twórcy wiedzą, jak ogromne znaczenie mają media społecznościowe, seriale posiadają profile nie tylko na Facebooku, ale i Twitterze oraz Tumblrze.Zwłaszcza ten ostatni serwis stał się mekką fanów popkultury, filmów, gier i seriali.
Dyskusje ze znajomymi
Oglądanie filmów i seriali to
rozrywka sama w sobie, ale jeszcze lepsze jest późniejsze skonsultowanie swoich
spostrzeżeń i skonfrontowanie przemyśleń ze znajomymi. Nic tak nie zbliża do
siebie, jak dyskusja na temat wspólnych zainteresowań, a o ile film z reguły
widzimy raz w kinie, w przypadku seriali możemy dyskutować co tydzień o nowym
odcinku (bądź też całym sezonie na Netflixie). Staje się to miłą rutyną. Sama
brałam udział w dyskusjach o nowych odcinkach Gry o Tron z resztą osób z mojej
pracy, co było idealną odskocznią od kolejnych ASAP- ów oraz maili, motywacją
do przyjścia do biura.
czwartek, 18 września 2014
A może by tak klasyczne fantasy trochę zapomnianego Raymonda E. Feista?
Sukces Gry o tron oraz napływ Young Adult Fantasy i wszelkiej maści wampirów zmieniły fantastykę. Co prawda zawsze znajdą się przeciwnicy tego gatunku z argumentami, że to „wymyślone bajeczki z dobrymi władcami i baśniowymi krainami, dla tych, którzy nie potrafią zaakceptować teraźniejszości”, jednak takich lektur pojawia się coraz mniej. Sama przyznam, że ledwo pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, którą można by było zaliczyć do klasycznego fantasy. Ostatnio były to dzieła Andre Norton, od których mocno się odbiłam (te wielowymiarowe sylwetki bohaterów, oh wait, to oni mają charaktery?), ale w końcu zdecydowałam się zabrać za inny, długi cykl zaliczany często do typowej, klasycznej fantasy – powieści Raymonda E. Feista zawarte w cyklu Riftwar.
Cykl Riftwar składa się z 10 serii (głównie trylogie) oraz zbiorów opowiadań, które łączy miejsce akcji oraz przewijający się przez nie bohaterowie. Autor do tej pory publikuje nowe odsłony, a sprzedaż jego książek przekroczyła już 15 milionów egzemplarzy, jednak o dziwo jego imię i nazwisko nie jest aż tak rozpoznawalne, jakby mogło się początkowo wydawać. Nawet strona autora i cyklu straszą wyglądem z początku lat 90-tych i brakiem aktualizacji (http://www.crydee.com/). Niezbyt zachęcający początek.
W powieściach mamy okazję śledzić losy bohaterów dwóch współistniejących światów, pomiędzy którymi zostało utworzone magiczne przejście – Midkemii oraz Kelewanu. Pierwszy z nich to klasyczne fantasy (nic dziwnego, Feist wielokrotnie podkreślał w swoich wywiadach, że pasjonuje się systemem RGP D&D), natomiast znacznie ciekawiej prezentuje się Kelewan, inspirowany kulturą japońską, chińską, koreańską, a nawet aztecką. Na razie miałam okazję przeczytać pierwszą chronologicznie trylogię (składającą się z czterech tomów, ostatni został podzielony na dwie książki) drugą część następnej trylogii (Trylogia Imperium) oraz parę kolejnych książek. Poniżej znajdziecie moje wrażenia i uwagi odnośnie następujących lektur (ale nie będą to recenzje wszystkich tomów po kolei, zajęłoby to zbyt dużo czasu, a i nie każdy cykl zasługuje na poświęcenie mu takiej uwagi (niestety).
Saga o wojnie światów (akcja dzieje się w świecie Midkemii, później również na terenie Kelewanu):
1. Adept magii (ang. Magician: Apprentice, 1982) - w 1996 w Polsce
2. Mistrz magii (ang. Magician: Master, 1982) - w 1996 w Polsce
3. Srebrzysty cierń (ang. Silverthorn, 1985) - w 1996 w Polsce
4. Mrok w Sethanon (ang. A Darkness at Sethanon, 1985) - w 1997 w Polsce
Saga o wojnie światów - od zera do czarodzieja i ratowanie krainy przed wszechpotężnym ZŁEM
Pierwsza trylogia Feista stanowi
dobre wprowadzenie do uniwersum, jednak jest bardzo sztampowa - mamy tutaj
dwójkę chłopców, z których jeden z nich zostaje ostatecznie potężnym
czarodziejem, a drugi niezwyciężonym wojownikiem będącym wcieleniem starożytnej
rasy Valheru. O ile pierwsza część skupia się przede wszystkim na tych dwóch
postaciach, tak w kolejnych tomach pojawiają się kolejne – złodziej Jimmy, książę
Arutha a fabuła zaczyna przedstawiać zdarzenia oczami znacznie większej liczby
postaci.
Cały czas zastanawiałam się, jak
ocenić te książki – to niezła fantasy, klasyczna aż do bólu, ale przy tym dość
sprawnie napisana. Co prawda nie wciągnęła mnie aż tak bardzo, ale jako wstęp
do większego cyklu jest dobrym rozwiązaniem.

Trylogia Imperium (fabuła osadzona na terenie Kelewanu, mniej więcej w tym samym czasie co pierwsza seria):
1. Córka Imperium (ang. Daughter of the Empire, 1987)
2. Sługa Imperium (ang. Servant of the Empire, 1989)
3. Władczyni Imperium (ang. Mistress of the Empire, 1989)
Trylogia Imperium - Frank Underwood Kelewanu, czyli polityka w najlepszym (i to na dodatek kobiecym) wydaniu
Po przeczytaniu łącznie 15-tu (i to nie wszystkie książki tego autora) mogę jasno stwierdzić, że trylogia napisana z Janny Wurst jest absolutnie najlepszą częścią twórczości osadzonej w świecie Riftwar i ją powinien przeczytać każdy. Zawsze darzyłam ogromną sympatią silne postacie kobiece. I to nie w sposób, jaki pokazuje przykładowo Ziemiański Achaję - bluzgającą, walczącą i pijącą kobietę, którą różni od mężczyzny właściwie tylko wygląd. Można by było zmienić jej imię na Achaj i wcale nie byłoby potrzeby zbytniej ingerencji w fabułę powieści.
W przypadku Trylogii Imperium główna bohaterka to młoda dziewczyna Mara, która po śmierci swojej rodziny samodzielnie musi doprowadzić do przetrwania rodu Acoma. Kelewan to świat o wiele ciekawszy niż Midkemia (gdzie dzieje się akcja pozostałych ksiażek Feista), honor rodu jest sprawą nadrzędną, a jako kobieta, Mara musi zmierzyć się z jeszcze większą ilością kłopotów. Rzadko kiedy można zobaczyć postać żeńską, którą została tak sprawnie napisana - nie jest zawsze bezbłędna, czuje rozterki i często działa na ślepo, ale dzięki temu tym bardziej kibicujemy jej w rozgrywkach, w której stawką jest życie jej, jej służby i przetrwanie rodu. Gdybym miała porównać fabułę trylogii do innych książek lub seriali - wybrałabym "House of Cards" oraz "Grę o Tron".
To solidna porcja literatury, wyróżniająca się na tle pozostałych powieści w cyklu Riftwar.
Warto, a może lepiej coś innego?
Warto, ale przede wszystkim Trylogię Imperium, można również wcześniej spróbować klasycznej fantasy, czyli sagi o wojnie światów. Kolejne tomy nie są już tak dobre, chociaż zdarzają się wyjątki. Zbyt często mamy drogę od zera do bohatera, a przewijający się przez wszystkie tomy Pug nigdy nie zdobył mojej sympatii. Ale ten ostatni zarzut to zapewne wynik mojego braku sympatii do takich czarodzieji jak Pug, Gandalf, Dumbledore etc. :)
PS: Ponieważ jestem wielką miłośniczką wyłapywania świetnych cytatów podczas czytania/oglądania filmów i seriali, poniżej dwa, które przyciągnęły moją uwagę:
“Friends can betray you, but with an old enemy, you always know where you stand.”
― Raymond E. Feist, Krondor: The Betrayal“Every person you encounter, whom you interact with, is there to teach you something. Sometimes it may be years before you realize what each had to show you.”
― Raymond E. Feist, Rise of a Merchant Princeniedziela, 18 maja 2014
"Always" (O-jik geu-dae-man) - pierwsze starcie z koreańskim kinem
Tytuł: Always (O-jik geu-dae-man)
Kraj produkcji: Korea Południowa
Czas trwania: 98 minut
Gatunek: melodramat w koreańskim stylu
Reżyseria: Il-gon Song
Scenariusz: Il-gon Song, Hong-jin No
Obsada: Ji-seob So, Hyo-ju Han
Kraj produkcji: Korea Południowa
Czas trwania: 98 minut
Gatunek: melodramat w koreańskim stylu
Reżyseria: Il-gon Song
Scenariusz: Il-gon Song, Hong-jin No
Obsada: Ji-seob So, Hyo-ju Han
Dla wielu osób kino z Korei Południowej jest filmową terra incognita, kojarzoną głównie z widowiskowymi filmami akcji. Do tej pory miałam styczność z jednym serialem z tego kraju - wysokobudżetową produkcją Irys (w Polsce emitowany był przez Tele5). Kraj ten ma jednak do zaoferowania również wiele melodramatów oraz komedii romantycznych. Il-gon Song to uznany koreański reżyser, głównie dzięki swoim produkcjom krótkometrażowym oraz filmom Spider Forest (2004) i Feathers in the Wind (2005). Jednak opisywana tutaj przeze mnie produkcja nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, nie podbijając azjatyckich kin.
Always (w oryginale O-jik geu-dae-man) z pewnością nie zapisze się w kanonie kina koreańskiego, ale nadal pozostaje solidnym wyciskaczem łez. Melodramaty azjatyckie częściej niż ich amerykańskie odpowiedniki posiadają pesymistyczne zakończenia. Również problemy, z jakimi muszą zmierzyć się bohaterowie są trudniejsze do pokonania – choroby, inwalidztwo albo wojna. Podobnie jest w tym przypadku, ale Always w udany sposób przełamuje część klisz i oferuje satysfakcjonujące zwieńczenie historii.
Dwoje głównych bohaterów równie wiele łączy, co dzieli. Cheol-min (Ji-sub So) to dawny bokser z mroczną przeszłością, chwytający się wielu dorywczych prac, aby zarobić na życie. Zamknięty w sobie, odgradza się od świata. Jego życie zmienia się w chwili, gdy poznaje młodą kobietę. Podczas jego pierwszego dnia pracy w roli stróża nocnego wchodzi do jego budki strażniczej, traktując go jak bliskiego znajomego. Szybko okazuje się, że Jeong-hwa (Hyo-ju Han) niedowidzi – otaczający ją świat i ludzie to ledwie zarysowane kształty. Uczucie pomiędzy obojgiem rozwija się dość szybko, ale każde z nich milczy w sprawie zdarzeń, które wpłynęły na to, kim są.
Always to film bardzo nierówny – scenariusz posiada pewne niespójności, momentami widz odnosi wrażenie, że obcuje z kolejną przeciętną komedią romantyczną. Dobre wrażenia po początkowych scenach produkcji zostają zastąpione lekkim znudzeniem, gdy twórcy powielają schematy podczas pokazywania życia z ułomnością, próbą bycia samodzielnym i niezależnym. Popełniają przy tym szereg błędów logicznych, które z łatwością wychwyci oko co uważniejszego widza. Dlaczego bohaterka nie ma żadnych przyjaciół ani osób, które jej okazyjnie pomagają w zrobieniu części zakupów? Dlaczego w jej mieszkaniu na półkach znajdują się zdjęcia, których i tak nie zobaczy? To tylko niektóre pytania, będące przykładem nieprzemyślenia detali historii podczas prac produkcyjnych.
Film broni się ciekawym zakończeniem – ostatnie kilkanaście minut oferuje przyśpieszenie tempa akcji, sceny walki oraz odwrócenie początkowej sytuacji. Aktorka wcielająca się w postać Jeong-hwa nie irytuje już niezbyt udanymi próbami wiarygodnego naśladowania osoby niedowidzącej, zamiast tego, grana przez nią bohaterka zyskuje na pewności siebie. Pomimo tego, że w najbardziej dramatycznych scenach nie do końca udaje się jej wyrazić wszystkie uczucia targające postacią, nie psuje tym samym historii. O wiele lepiej można wyrazić się o Ji-sub So. Aktor solidnie przygotował się do roli ćwicząc pod okiem trenerów, ale nie zapomniał również o grze aktorskiej. W Always to właśnie z jego punktu widzenia widzowie będą śledzili większość zdarzeń, obserwując ewolucję jego postaci.
Strona techniczna filmu stoi na wysokim poziomie, na wyróżnienie zasługuje doskonałe operowanie światłem, cieniem oraz scenografią. W momentach zagubienia się postaci, walk Cheol-mina w Tajlandii, mamy do czynienia z ciemnymi pomieszczeniami, natomiast w scenach radosnych, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, nie brakuje słońca, czystych i ładnych pomieszczeń. Takie umiejętne użycie kontrastów dobrze podkreśla to, w jakich sytuacjach są śledzeni przez widzów bohaterowie.
Koreańska produkcja stanowi dobre urozmaicenie dla osób znudzonych kinem amerykańskim, a szukających wzruszającej opowieści o miłości. Pomimo nieścisłości w scenariuszu, momentów do bólu infantylnych oraz ogranych motywów produkcja nie zawodzi. Satysfakcjonujące zakończenie, dobra gra aktorska Ji-sub So sprawiają, że Always ogląda się z przyjemnością.
niedziela, 29 grudnia 2013
„Elementary”, czyli Sherlock made in USA – miało być pięknie a wyszło jak wyszło…
Tytuł: Elementary
Stacja: CBS
Kraj produkcji: USA
Czas odcinka: 43 minuty
Sezony: dwa, każdy po 24 odcinki
Obsada: Jonny Lee Miller, Lucy Liu, Aidan Quinn, Jon Michael Hill
Stacja: CBS
Kraj produkcji: USA
Czas odcinka: 43 minuty
Sezony: dwa, każdy po 24 odcinki
Obsada: Jonny Lee Miller, Lucy Liu, Aidan Quinn, Jon Michael Hill
Ostatnio oglądam coraz mniej procedurali, czyli seriali skonstruowanych w taki sposób, aby nawet po przegapieniu paru odcinków, łatwo się je oglądało. Każdy odcinek to inna sprawa/zdarzenia, a wątek główny pozostaje w dalekim tle. W takim formacie przodują stacje ogólnodostępne (FOX, CBS), dla których najważniejsze są wpływy z reklam i nie mogą sobie pozwolić na powolne budowanie postaci bohaterów lub spójną historię z odcinka na odcinek. Ale powoli pojawia się światełko nadziei (przykładowo sukces Person of Interest) – nic dziwnego, konkurencja ze strony stacji kablowych nie śpi. I tworzy rewelacyjne produkcje, cieszące się coraz większą popularnością. Coraz częściej zauważane są również produkcje ze Skandynawii oraz Wielkiej Brytanii. Przykładem tytułu, który odniósł ogromny sukces jest bez wątpienia Sherlock stacji BBC.
Sherlock jak na razie posiada dwa sezony, każdy składa się z trzech odcinków prezentujących różne sprawy. Strzałem w dziesiątkę okazało się przeniesienie przygód detektywa do współczesnego Londynu oraz osadzenie w głównej roli Benedicta Cumberbatcha. Trzeci sezon będzie miał swoją premierę 1 stycznia, a jeśli z niecierpliwością oczekujecie wyjaśnienia finału poprzedniego sezonu, BBC przygotowało małą niespodziankę. Miniodcinek zapowiadający trzeci sezon można zobaczyć tutaj:
Jak to zwykle bywa, jeśli coś sprawdzi się gdzieś indziej, Amerykanie próbują zrobić własną wersję o tytule - Elementary. Tak było również w przypadku Sherlocka. Bohater to nadal Brytyjczyk Sherlock Holmes (Jonny Lee Miller), jednak z powodu spraw osobistych i uzależnienia wyjeżdża do Nowego Jorku. Ojciec detektywa (którego nigdy nie widzimy na ekranie i na razie pozostaje tajemnicą) zapewnia mu pomoc w postaci opieki byłej chirurg – Joan Watson (Lucy Liu). Tak, jedną ze zmian w stosunku do pierwowzorów (książkowego i serialowego) jest zmiana płci Watsona. Początkowo wywoływało to spore kontrowersje, ale rzeczywiście Lucy Liu jako partner Holmesa sprawdza się dobrze, a po tylu odcinkach nadal pozostają tajemnice z przeszłości bohaterki do rozwiązania.
Sherlock pomaga nowojorskiej policji jako konsultant, posługując się przy tym swoją ogromną inteligencją i wiedzą. Niestety, w porównaniu do produkcji BBC, wszystko musi tutaj być do końca wyjaśnione – od tego, czym jest kodeks rycerski (jakby widz tego nie zrozumiał), po dokładny proces postępowania bohatera. Brakuje tej wiary w widza, która pojawia się w brytyjskim hicie. Na dodatek, nie ma tutaj aż tak błyskotliwych dialogów, a Sherlockowi brakuje tej tajemniczości. Tak jakby jego IQ mimo wszystko nie było wcale aż tak wyższe niż pozostałych.
Pojawiają się nawiązania do książek Arthura Conan Doyle’a jak zainteresowanie pszczelarstwem, granie na skrzypcach oraz sprawy inspirowane opowiadaniami o detektywie, ale wypada to o wiele słabiej niż w przypadku BBC. I tak można by było wymieniać w nieskończoność.
Produkcji brakuje motywu przewodniego – owszem, w kilku odcinkach pojawia się brat Sherlocka i widać, że ma jakieś plany wobec Sherlocka, jest również Moriarty, ale nadal brakuje czegoś, co łączyłoby odcinki w całość. Pod tym względem o wiele lepiej wypada Mentalist oraz Castle (które i tak przestałam oglądać, ponieważ zdążyło mnie już znudzić). A Elementary bardzo szybko zbliża się do momentu, gdy bez żalu odpuszczę sobie jego oglądanie i wezmę się za zaległości w brytyjskich produkcjach (Luther, Downtown Abbey) oraz klasykach (Oz, Rome, Six Feet Under). Czy polecam wam obejrzenie tej produkcji? Zdecydowanie sięgnijcie najpierw po brytyjskiego Sherlocka, ponieważ Elementary nawet w swoich najlepszych momentach nie dorównuje temu, co przygotowało BBC.
sobota, 28 grudnia 2013
Piórkowy odlot, czyli recenzja książki "Wurt" Jeffa Noona
Autor: Jeff Noon
Tytuł: Vurt
Tytuł oryginalny: Wurt
Wydawnictwo: MAG
Seria: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 360
Data wydania: 6/2013
Okładka: twarda
Są książki ponadczasowe, które nawet po upływie lat zaskakują pomysłowością oraz oryginalnością. Do takich z pewnością należy Wurt autorstwa brytyjskiego pisarza science fiction, Jeffa Noona. Tytuł ten ukazał się w serii Uczta Wyobraźni i jest wznowieniem powieści po dwudziestu latach od premiery. Powieść udanie łączy elementy cyberpunku i New Weird, oferując czytelnikowi intrygującą podróż w świat, w którym oniryczne wizje serwowane dzięki tak zwanym piórkom są codziennością. Nic dziwnego, że za pomysłowość i przemyślane prowadzenie wątków Noon otrzymał Arthur C. Clarke Award, czyli wyróżnienie dla najlepszej powieści science fiction wydanej w danym roku. W porównaniu do poprzedniego polskiego wydania, w środku znajdziemy trzy nowe opowiadania pisarza, uzupełniające świat przedstawiony w lekturze, ale nieingerujące w zdarzenia mające miejsce w powieści.
W alternatywnej wizji brytyjskiego miasta Manchester (rodzime miasto pisarza, często obecne w jego dziełach) trudno o optymizm. Mieszkańcy to mieszanka różnych kultur i ras, od czystych ludzi, poprzez robopsy, widmoludzi, aż po szalone, wielogatunkowe mieszanki. Wielu z nich żyje z zasiłków, w miejscach tak przerażających, że nikt prowadzący normalne, spokojnie życie nie chciałby tam się pojawić. Całe miasto oszalało na punkcie silnie uzależniającego narkotyku – piórek. Są to specjalnie przygotowane sny, niezwykle realistyczne, ale i niebezpieczne. Aby zadziałały, należy włożyć je do ust i chwilę odczekać. Niebieskie piórka są legalne i pozwalają doświadczyć bezpiecznych pragnień i marzeń. Różowe to Pornowurty, a czarne można zdobyć tylko na czarnym rynku, ponieważ znajdują się poza prawem, oferując szeroką gamę emocji, nie tylko tych dobrych. Każde z nich jest jednorazowe, dzięki czemu ich twórcy mogą na tym sporo zarobić. Jest jednak jeszcze jedna kategoria – Żółć. Jest to kolor śmierci, a osoba decydująca się na jego zażycie ogromnie ryzykuje, ponieważ nie ma w nim opcji odskoku i natychmiastowego przebudzenia. Śmierć tam oznacza śmierć w świecie rzeczywistym. Nowe technologie sprawiły, że wiele osób zagubionych w swoim życiu znajduje ukojenie w Wurcie. W wielu przypadkach, gdy autor przedstawia tak oryginalny pomysł, czytelnikowi ciężko jest się odnaleźć w świecie, potrafi być zniechęcony lekturą. Jeff Noon powoli wprowadza nowe pojęcia, przeplatając rozdziały krótkimi tekstami instruktażowymi Kota Gracza. Dzięki temu czytelnik czuje satysfakcję z dalszego poznawania świata i jego kompleksowości.
Pierwszoosobowa narracja pozwala śledzić losy Skryby oraz jego towarzyszy. Nazywają się Skitrowcami, żyją z zasiłków, nie dbając zbytnio o przyszłość. Główny bohater z pewnością nie należy do najsympatyczniejszych z powodu swojej niepewności i braku charyzmy. Nie oznacza to jednak, że jest postacią nudną – wprost przeciwnie. W miarę postępu fabuły jego postać zmienia się, a dzięki świetnemu warsztatowi pisarskiemu Brytyjczyka ani na chwilę nie czujemy znudzenia. Opowieść o poszukiwaniach żółtego piórka, aby odnaleźć zagubioną w Żółci siostrę Desdemonę sprawia, że trudno oderwać się od lektury.
Sporym zaskoczeniem okazuje się to, z jaką swobodą autor przedstawia tematy kazirodztwa, nałogów oraz konsekwencji wprowadzenia do obiegu tak uzależniającej używki. Wurt napisany jest niezwykle przystępnym językiem, a dość prosta, liniowa fabuła oraz pierwszoosobowa narracja sprawiają, że całość czyta się niezwykle szybko i bez uczucia przytłoczenia wizją autora. O jakości wydań książek w Uczcie Wyobraźni napisano już bardzo wiele, dlatego warto jedynie nadmienić, że i tym razem mamy do czynienia z ciekawą, pasującą do treści okładką.
Po tylu latach od pierwszego wydania dzieło Jeffa Noona nadal zasługuje na uwagę czytelnika. Przygnębiająca wizja Manchesteru uzależnionego od halucynacji, w których można zapomnieć o świecie rzeczywistym, wciąga i nie pozwala oderwać się od lektury. A na dokładkę otrzymaliśmy trzy, niestety dość krótkie opowiadania, dzięki którym pozostaniemy w tym intrygującym świecie odrobinę dłużej.
czwartek, 26 grudnia 2013
Recenzja filmu "Don Jon", czyli próba reżyserska Gordona-Levitta
Tytuł: Don Jon
Kraj produkcji: USA
Czas trwania: 90 minut
Data premiery: 15 listopada 2013 (Polska) 18 stycznia 2013 (świat)
Obsada: Joseph Gordon-Levitt, Scarlett Johansson, Julianne Moore
Reżyseria: Joseph Gordon-Levitt
Scenariusz: Joseph Gordon-Levitt
Joseph Gordon-Levitt należy do grona moich ulubionych aktorów, dlatego pomimo niezbyt zachęcającego zwiastunu, z ciekawością czekałam na premierę Don Jona. Produkcja zapowiadała się o tyle ciekawie, że Gordon-Levitt występuje tu nie tylko w głównej roli, ale przygotował również scenariusz i zajął się reżyserią. Jak wypadł efekt finalny? Co najmniej dziwnie.
Don Jon to młody mężczyzna uzależniony od pornografii. Najważniejszym elementem jego życia jest seks, a coraz to nowe dziewczyny spotykane w klubach nie są dla niego wystarczające. Kolejne filmy dostarczają mu coś, czego na próżno poszukuje w kobietach. Do momentu, aż na jednej z imprez spotyka „prawdziwą dziesiątkę” - Scarlett Johansson. Po raz pierwszy rozpoczyna związek, który trwa dłużej niż jedną noc. Doświadczony reżyser z pewnością byłby w stanie wykorzystać potencjał, jaki niesie taka historia oraz obsada. Niestety Gordonowi-Levittowi brakuje odwagi i obeznania z samym tworzeniem filmu. I widać to w sposobie przedstawienia historii.
Moja opinia na temat filmu pozostałaby zdecydowanie negatywna, jednak w dalszej części pojawia się Julianne Moore w roli samotnej kobiety uczęszczającej na te same zajęcia co tytułowy bohater. Relacje wiążące Don Jona ze starszą od niego kobietą są interesujące i nareszcie nie mamy do czynienia z wrażeniem, że obcujemy z filmem o nastolatkach, przeznaczonym dla nastolatków. Rozmowa tytułowego maczo z postacią Johansson o egoizmie należy do najciekawszych momentów produkcji.
Don Jon to tytuł po prostu poprawny, z niewykorzystanym potencjałem. Bohater nie należy do najinteligentniejszych, pracuje jako barman, ale chce coś zmienić w swoim życiu. Niestety nie jest to zbyt łatwe. W filmie możemy zauważyć próby puszczania oka do widza i przejaskrawienia stereotypu maczo. Trudno zaklasyfikować to jako komedię, ale trudno też to nazwać dramatem. Właściwie poza irytacją z powodu montażu niektórych scen jak i przyjemnością z oglądania ulubionego aktora lub aktorki (chociaż ja za Johansson zdecydowanie nie przepadam) nie odczujemy żadnych innych wrażeń podczas seansu. Ani nie zapamiętamy go na dłużej. Co jednak jest sporą wadą…
W filmie pojawiają się liczne sceny z filmów pornograficznych i nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby były dobrze wpasowane w całość. A wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że są aż zbyt mocno oderwane od filmu. Na etapie tworzenia scenariusza wyglądało to zapewne bardzo dobrze, ale w momencie gdy oglądam rozmowę bohaterów w restauracji, nagłe głośne dźwięki i sceny seksu irytują i wybijają z oglądania filmu.
Zamiast potencjalnie dobrej satyry otrzymujemy produkcję, która próbuje udawać inteligentną, ale grzęźnie w słabym scenariuszu oraz braku doświadczenia Gordona-Levitta w reżyserii. Trudno nawet stwierdzić, co mogłoby uratować ten tytuł. Najprawdopodobniej musiałaby to być korekta scenariusza oraz wybór na reżysera kogoś, kto ma na swoim koncie więcej produkcji i odpowiednią wiedzę w zakresie ich przygotowania. Całe szczęście, im bliżej końca, tym ciekawiej. Czy jednak warto poświęcić swój czas tej produkcji? Jeśli lubicie Gordona-Levitta albo Johansson a brakuje wam filmów do obejrzenia, to możecie spróbować. Nie nastawiajcie się jednak na coś, co podbije wasze serca i będziecie do tego powracać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Popularne posty
-
Netflix przyzwyczaił nas do serwowania bardzo dobrych seriali – zarówno komediowych (Unbreakable Kimmy Schmidt, Master of None) jak i d...
-
Zaczynają się wakacje (koniec egzaminów i sesji:D) przyszła więc pora na zmiany, także na naszym blogu. Wybrałyśmy kilka najciekawszych sza...
-
Naprawdę długo zbierałam się do obejrzenia Gry o Tron, nowego serialu przygotowanego przez HBO, w bliskiej współpracy z Martinem. Moja wymó...
-
Ostatnio namnożyło mi się książek, które chcę i powinnam przeczytać. Pomimo wakacji nie czytam aż tak dużo, żeby nadrobić zaległości;/ Na...






















