Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

Seriale do nadrobienia w wakacje cz. 1

W poniższym wpisie zaprezentuję Wam seriale, które ja osobiście już oglądałam i polecam (albo jestem w trakcie oglądania). W kolejnej części, która ukaże się "na dniach", zamieszczę pozostałe pozycje, które nie zmieściły się w tym zestawieniu.

Lato to doskonały czas na nadrobienie zaległych seriali - część z nas ma wreszcie upragnione urlopy, a jeszcze inni mogą odsapnąć od szkoły/uczelni. Na dodatek w telewizji ogólnodostępnej w te upalne miesiące dzieje się bardzo mało i w tym czasie prym wiodą Showtime i HBO. Jest to więc czas maratonów filmowych dla każdego serialoholika.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Corsair K70 MX Blue, czyli pierwsza przygoda z klawiaturą mechaniczną

Lubię pisać. I to nie tylko dłuższe teksty, ale również podczas rozgrywek w grach – szybko odpisywać znajomym (a jeśli akurat jest to mecz w multi, od razu ginąć). Do tej pory korzystałam z klawiatury Razer Deathstalker, ponieważ zawsze lubiłam układ klawiszy znany z laptopów i pisało mi się na nim całkiem nieźle. Chociaż, robiłam na nim dość dużo literówek, ponieważ klawisze nie były wyprofilowane, a w grach zdarzało mi się nie trafić w odpowiedni klawisz i umrzeć w tempie ekspresowym. A potem weszłam w posiadanie klawiatury mechanicznej i… to była miłość od pierwszego wejrzenia.


Klawiatury mechaniczne nie są dla każdego. Ich budowa znacząco różni się od standardowych, niespecjalistycznych klawiatur do pisania albo grania – większość z nich to klawiatury membranowe. Co jest innego w mechanicznych? Sposób wykonania klawiszy. Najbardziej znane klawisze należą do firmy Cherry MX i w zależności od zastosowania oferują inną siłę nacisku i dźwięk. Poniżej znajdziecie gift prezentujące zastosowanie dwóch najpopularniejszych z nich : nastawionych głównie na granie redów (mają bardzo szybki czas reakcji, ale przy pisaniu można łatwo popełniać błędy) i bardziej uniwersalne, z charakterystycznym klikiem Cherry MX Blue. 
Po przeprowadzeniu dość długiego researchu i obejrzeniu kilkunastu recenzji różnych klawiatur mechanicznych, zdecydowałam się na Corsaira K70 z klawiszami Cherry MX Blue. W Polsce znacznie większą popularnością cieszą się produkty firmy Razer (od jakiegoś czasu nie korzystają z klawiszy Cherry i produkują w Chinach własne odpowiedniki), nieźle radzi sobie również marka Tesoro. Corsair przyciągnął mnie jednak bardzo ciekawym designem i podkładką pod nadgarstki.
Klawiatury mechaniczne nie należą do najtańszych i są postrzegane jako high-endowe akcesoria dla graczy. Dlatego w ramach racjonalnych wyborów, zdecydowałam się na wersję z czerwonym podświetleniem, a nie wielokolorowym RGB. Wielokolorowa klawiatura na pewno wyglądałaby jeszcze lepiej na biurku, ale i bez tego K70 spełnia swoje zadanie i prezentuje się bardzo dobrze. Na odatek w standardzie otrzymałam specjalne, czerwone wyprofilowane wymienne klawisze WSAD-u oraz numeryczne 1-6. Klawisze wyjmuje się niezwykle łatwo specjalnym narzędziem i trzeba się BARDZO postarać, aby je uszkodzić. A gdy chcemy pograć, wyprofilowane przyciski nadają się idealnie.


Klawiatura mechaniczna wymaga jednak przyzwyczajenia. Po pierwsze, jeśli wcześniej korzystaliśmy z klawiatur w laptopach lub modeli takich jak Razer Deathstalker, większy skok klawiszy początkowo będzie uciążliwy. Ale tylko początkowo. Wyprofilowanie klawiszy, a w przypadku przełączników Cherry MX Blue również wyraźny skok w połowie klawisza (klawisz już wtedy jest uznawany za naciśnięty) sprawiają, że będziemy pisać o wiele szybciej i popełnimy znacznie mniej błędów.


Przełączniki Blue dobrze nadają się również do grania (chociaż tu prym wiodą przełączniki Red oraz Brown) - umożliwiają znacznie szybszą reakcję na zdarzenia dziejące się na ekranie i równoczesne naciśnięcie wielu klawiszy (tzw. antighosting). Po kilkunastu minutach w Battlefieldzie biegało mi się znacznie lepiej (latanie helikopterem to nadal coś, co przyczynia się do zwiększenia szans przeciwnego teamu na zwycięstwo), a i oddalone od WSAD-u przyciski nie sprawiały takich trudności w trafieniu. Często słucham na komputerze muzyki, korzystając ze Spotify'a. Ogromny plus za to, że obecne w prawym, górnym rogu klawisze multimedialne obsługują i ten program. Dzięki temu nawet podczas grania możemy zmienić piosenkę zmniejszyć głośność.

Tak prezentuje się narzędzie do wyjmowania klawiszy

Inną bardzo fajną opcją jest regulacja podświetlenia - ta opcja powoli przechodzi już do standardu w produktach dla graczy, jednak Corsair zaoferował również ciekawą funkcję - klawisze nie są podświetlone, a dioda pod klawiszem uruchamia się na parę sekund tylko po tym, jak ją naciśniemy. Daje to fajne efekty podczas pisania i zachęca do zwiększania szybkości klikania.

Nie ma jednak produktu bez wad. W tym wypadku jest to głośność użytkowania. Jeśli uwielbiamy charakterystyczny klik rodem ze starych klawiatur, będziemy zadowoleni. Jeśli nie – powinniśmy zastanowić się nad założeniem specjalnych nakładek wyciszających pod klawisze lub kupnem klawiatury membranowej. Mieszkając sama nie mam żadnego problemu z głośnymi salwami kliknięć w ciągu nocy, ale jeśli macie innych domowników niż kot, mogą być oni bardzo niezadowoleni z waszego zakupu. Charakterystyczny dźwięk słychać nawet podczas noszenia słuchawek.

Jeśli nie przeszkadza wam wspomniany hałas i cena (kosz takiej klawiatury to od 300 do nawet 650 zł), a chcecie mieć długowieczną klawiaturę z charakterystycznym klikiem (poniżej filmik z próbkami dźwiękowymi) i szybkim czasem reakcji - dajcie szansę klawiaturze mechanicznej. Przed zakupem przetestujcie jednak ten typ klawiatury u znajomych lub w jednym ze sklepów komputerowych. Ja po zakupie K70 nie planuję już wracać do klawiatur membranowych :)



niedziela, 14 czerwca 2015

3 sezon Orange Is the New Black, czyli jak przetrwać w szalonym systemie

Netflix to firma, która nieustannie serwuje nam dobre jakościowo seriale. Na dodatek, ponieważ są one dostępne tylko online, nie dotyczą ich reguły rządzące programami emitowanymi w telewizji ogólnodostępnej w USA. Najnowsze serial Wachowskich Sense8, polityczne mistrzostwo House of Cards oraz najmroczniejszy serial Marvela – Daredevil – te produkcje nie mogły powstać gdzie indziej. Podobnie jest z Orange Is the New Black. Historia na bazie autobiograficznej książki Piper Kerman o kobietach przebywających w więzieniu o niskim rygorze przed premierą nie zapowiadała się na aż tak wielki hit. A okazało się, że przygody Piper i pozostałych osadzonych pokochali zarówno krytycy, jak i widzowie.

Moje oczekiwania wobec trzeciego sezonu również były bardzo wysokie – pierwszy i drugi sezon trzymały poziom, na dodatek do stałej obsady miała powrócić postać Alex Vause, granej przez Alex Vause. Trzynaście nowych odcinków pochłonęłam w dwudniowym maratonie i już teraz mogę napisać – z niecierpliwością czekam na czwarty, już potwierdzony sezon.


Uwaga!!! Poniższa recenzja to wrażenia z trzeciego sezonu, nie mogło więc obyć się bez odwoływania do konkretnych postaci i wydarzeń. Czujcie się ostrzeżeni przed spoilerami ;)

W więzieniach w USA przebywa ponad 2,2 miliona osób. I większość z nich, nawet jeśli uda im się z nich wyjść, szybko do nich wraca. OItNB to tragikomedia i pomimo tego, że dużo w niej humoru, całościowy odbiór sytuacji uwięzionych nie jest w żaden sposób zabawny. I to właśnie o tym jest trzeci sezon. Czy więzienie resocjalizują? Są odpowiednią karą za zbrodnie? Pomagają powrócić na łono społeczeństwa? Jeśli serial Netflixa miałby być tego wyznacznikiem, mogłabym napisać tylko jedno – nie za bardzo.

Piper Chapman chyba nigdy nie była moją ulubioną bohaterką – zapatrzona w siebie, narcystyczna i ciągle żyjąca w przekonaniu, że jest jedną z tych dobrych. A im więcej oglądamy odcinków, tym bardziej zaczynamy w to wątpić. Wątek jej związku z Larrym został ostatecznie zakończony (i dobrze, postać grana przez Jasona Biggsa do najciekawszych nie należała, ale nie od dziś wiadomo, że Orange to serial przede wszystkim o kobietach), a do więzienia powraca Alex. Biorąc pod uwagę ogromną chemię, jaka łączyła te bohaterki i skomplikowaną przeszłość, można było spodziewać się, że scenarzyści zaoferują nam więcej scen Alex z Piper i flashbacków z życia tej pierwszej. Nic z tego. Najwidoczniej będziemy musieli poczekać na to do czwartego sezonu. Trochę to rozczarowujące, biorąc pod uwagę znikomą obecność Alex w drugim sezonie, ale za to mamy całkiem ciekawy wątek Piper. Dlaczego ciekawy? Ano bo oglądając wcześniej setki innych seriali i filmów, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że prężnie rozwijający się biznes Piper w sprzedawaniu noszonej przez więźniarki bielizny kiedyś wyjdzie na jaw. I bohaterka sama zafunduje sobie więcej lat za kratkami. Póki co odkrywa w sobie gangstera i nie słucha ostrzeżeń Alex.
Piper rozwija swoje umiejętności

 Siłą OItNB jest jednak coś innego – ogromny przekrój przez charaktery więźniarek i systematyczne ukazywanie ich życiowych historii. A w tym sezonie – również przybliżenie postaci strażników i kierowników placówki.  W drugim sezonie mogliśmy poznać postacie czarnoskórych kobiet, w tym większy nacisk został położony na postacie Latynosek – Aleidy Diaz, Marisol Gonzales (cały czas mnie ciekawi, dlaczego trafiła na tyle lat do więzienia za sprzedanie czegoś, co nawet nie było LSD)  oraz pozostających w zeszłych sezonach w cieniu: wychowanej w surowej, religijnej społeczności Leanne, Big Boo, praktycznie nieodzywającej się Normie. Właściwie każda postać ma swoje pięć minut (tylko czasami szkoda, że to tylko te 5 minut!), chociaż tym samym zdarzają się nagłe zniknięcia. I tak: Nicky nie pojawia się w finalnych odcinkach (mam nadzieję, że jednak powróci w czwartym sezonie), a John Bennett znika równie szybko, pozostawiając w pamięci świetny flashback z tańcem i irytujący do samego końca wątek dziecka Dayi (no ile można, a to na pewno nie koniec zastanawiania się, co będzie z dzieckiem dalej).

W poprzednich sezonach postacie męskie były najogólniej rzecz mówiąc nieistniejące – Hayley bywał wkurzający, wyskakując z rasizmem, mizoginistycznymi wypowiedziami i homofobią (doprawdy, wybrał sobie świetne miejsce do pracy, pasujące do jego charakteru) a Pornstache po prostu był Pornstache (w tym sezonie jego chwilowy comeback jest świetny). W tym jest już lepiej. Zajmujący się sprawami technicznymi w więzieniu Joel Luschek jest naprawdę zabawny, a mający na uwadze dobro więźniarek i stan więzienia Joe Caputo toczy walkę z korporacją i rosnącymi wymaganiami pracowników. A to prowadzi do rewelacyjnego finału sezonu, który dorównuje temu, co zaserwowano nam pod koniec pierwszego sezonu. Jest ciekawie!

źródło: http://bussykween.tumblr.com/

Sezon pochłonęłam jak przystało na serialoholika - szybko i z małymi przerwami. I niestety miałam uczucie niedosytu. Trzynaście odcinków trzyma poziom, ale brakuje zamknięcia wątków, za to mnożą się pytania o przyszłość większości bohaterów. Wątek Alex został urwany w krytycznym momencie (a i tak było jej za mało ;(, Piper postanowiła zostać samotnym wilkiem i bez większych skrupułów ukarała osobę, która ukradła jej oszczędności i tym samym sprowadziła na nią przedłużoną odsiadkę w więzieniu o wyższym rygorze. A wspomniany wątek tego, kto zajmie się dzieckiem Diaz (która nadal nie ma własnego zdania) będzie się ciągnął i ciągnął i w przyszłym roku. Jedno jest pewne – potencjał na nowe odcinki jest i to ogromny. Netflix znowu nie zawiódł, dostarczając tytuł, który pod zabawną otoczką i humorem, pokazuje trudne i smutne historie kobiet, które w pewnym momencie wybrały źle i teraz płacą za to cenę.

niedziela, 18 maja 2014

"Always" (O-jik geu-dae-man) - pierwsze starcie z koreańskim kinem

Tytuł: Always (O-jik geu-dae-man)
Kraj produkcji: Korea Południowa
Czas trwania: 98 minut
Gatunek: melodramat w koreańskim stylu
Reżyseria: Il-gon Song
Scenariusz: Il-gon Song, Hong-jin No
Obsada: Ji-seob So, Hyo-ju Han

Dla wielu osób kino z Korei Południowej jest filmową terra incognita, kojarzoną głównie z widowiskowymi filmami akcji. Do tej pory miałam styczność z jednym serialem z tego kraju - wysokobudżetową produkcją Irys (w Polsce emitowany był przez Tele5). Kraj ten ma jednak do zaoferowania również wiele melodramatów oraz komedii romantycznych. Il-gon Song to uznany koreański reżyser, głównie dzięki swoim produkcjom krótkometrażowym oraz filmom Spider Forest (2004) i Feathers in the Wind (2005). Jednak opisywana tutaj przeze mnie produkcja nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, nie podbijając azjatyckich kin.

Always (w oryginale O-jik geu-dae-man) z pewnością nie zapisze się w kanonie kina koreańskiego, ale nadal pozostaje solidnym wyciskaczem łez. Melodramaty azjatyckie częściej niż ich amerykańskie odpowiedniki posiadają pesymistyczne zakończenia. Również problemy, z jakimi muszą zmierzyć się bohaterowie są trudniejsze do pokonania – choroby, inwalidztwo albo wojna. Podobnie jest w tym przypadku, ale Always w udany sposób przełamuje część klisz i oferuje satysfakcjonujące zwieńczenie historii.

Dwoje głównych bohaterów równie wiele łączy, co dzieli. Cheol-min (Ji-sub So) to dawny bokser z mroczną przeszłością, chwytający się wielu dorywczych prac, aby zarobić na życie. Zamknięty w sobie, odgradza się od świata. Jego życie zmienia się w chwili, gdy poznaje młodą kobietę. Podczas jego pierwszego dnia pracy w roli stróża nocnego wchodzi do jego budki strażniczej, traktując go jak bliskiego znajomego. Szybko okazuje się, że Jeong-hwa (Hyo-ju Han) niedowidzi – otaczający ją świat i ludzie to ledwie zarysowane kształty. Uczucie pomiędzy obojgiem rozwija się dość szybko, ale każde z nich milczy w sprawie zdarzeń, które wpłynęły na to, kim są.

Always to film bardzo nierówny – scenariusz posiada pewne niespójności, momentami widz odnosi wrażenie, że obcuje z kolejną przeciętną komedią romantyczną. Dobre wrażenia po początkowych scenach produkcji zostają zastąpione lekkim znudzeniem, gdy twórcy powielają schematy podczas pokazywania życia z ułomnością, próbą bycia samodzielnym i niezależnym.  Popełniają przy tym szereg błędów logicznych, które z łatwością wychwyci oko co uważniejszego widza. Dlaczego bohaterka nie ma żadnych przyjaciół ani osób, które jej okazyjnie pomagają w zrobieniu części zakupów? Dlaczego w jej mieszkaniu na półkach znajdują się zdjęcia, których i tak nie zobaczy? To tylko niektóre pytania, będące przykładem nieprzemyślenia detali historii podczas prac produkcyjnych.


Film broni się ciekawym zakończeniem – ostatnie kilkanaście minut oferuje przyśpieszenie tempa akcji, sceny walki oraz odwrócenie początkowej sytuacji. Aktorka wcielająca się w postać Jeong-hwa nie irytuje już niezbyt udanymi próbami wiarygodnego naśladowania osoby niedowidzącej, zamiast tego, grana przez nią bohaterka zyskuje na pewności siebie. Pomimo tego, że w najbardziej dramatycznych scenach nie do końca udaje się jej wyrazić wszystkie uczucia targające postacią, nie psuje tym samym historii. O wiele lepiej można wyrazić się o Ji-sub So. Aktor solidnie przygotował się do roli ćwicząc pod okiem trenerów, ale nie zapomniał również o grze aktorskiej. W Always to właśnie z jego punktu widzenia widzowie będą śledzili większość zdarzeń, obserwując ewolucję jego postaci.

Strona techniczna filmu stoi na wysokim poziomie, na wyróżnienie zasługuje doskonałe operowanie światłem, cieniem oraz scenografią. W momentach zagubienia się postaci, walk Cheol-mina w Tajlandii, mamy do czynienia z ciemnymi pomieszczeniami, natomiast w scenach radosnych, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, nie brakuje słońca, czystych i ładnych pomieszczeń. Takie umiejętne użycie kontrastów dobrze podkreśla to, w jakich sytuacjach są śledzeni przez widzów bohaterowie.

Koreańska produkcja stanowi dobre urozmaicenie dla osób znudzonych kinem amerykańskim, a szukających wzruszającej opowieści o miłości. Pomimo nieścisłości w scenariuszu, momentów do bólu infantylnych oraz ogranych motywów produkcja nie zawodzi. Satysfakcjonujące zakończenie, dobra gra aktorska Ji-sub So sprawiają, że Always ogląda się z przyjemnością. 


niedziela, 29 grudnia 2013

„Elementary”, czyli Sherlock made in USA – miało być pięknie a wyszło jak wyszło…

Tytuł: Elementary
Stacja: CBS
Kraj produkcji: USA
Czas odcinka: 43 minuty
Sezony: dwa, każdy po 24 odcinki
Obsada: Jonny Lee Miller, Lucy Liu, Aidan Quinn, Jon Michael Hill


Ostatnio oglądam coraz mniej procedurali, czyli seriali skonstruowanych w taki sposób, aby nawet po przegapieniu paru odcinków, łatwo się je oglądało. Każdy odcinek to inna sprawa/zdarzenia, a wątek główny pozostaje w dalekim tle. W takim formacie przodują stacje ogólnodostępne (FOX, CBS), dla których najważniejsze są wpływy z reklam i nie mogą sobie pozwolić na powolne budowanie postaci bohaterów lub spójną historię z odcinka na odcinek. Ale powoli pojawia się światełko nadziei (przykładowo sukces Person of Interest) – nic dziwnego, konkurencja ze strony stacji kablowych nie śpi. I tworzy rewelacyjne produkcje, cieszące się coraz większą popularnością. Coraz częściej zauważane są również produkcje ze Skandynawii oraz Wielkiej Brytanii. Przykładem tytułu, który odniósł ogromny sukces jest bez wątpienia Sherlock stacji BBC. 



Sherlock jak na razie posiada dwa sezony, każdy składa się z trzech odcinków prezentujących różne sprawy. Strzałem w dziesiątkę okazało się przeniesienie przygód detektywa do współczesnego Londynu oraz osadzenie w głównej roli Benedicta Cumberbatcha. Trzeci sezon będzie miał swoją premierę 1 stycznia, a jeśli z niecierpliwością oczekujecie wyjaśnienia finału poprzedniego sezonu, BBC przygotowało małą niespodziankę. Miniodcinek zapowiadający trzeci sezon można zobaczyć tutaj:

Jak to zwykle bywa, jeśli coś sprawdzi się gdzieś indziej, Amerykanie próbują zrobić własną wersję o tytule - Elementary. Tak było również w przypadku Sherlocka. Bohater to nadal Brytyjczyk Sherlock Holmes (Jonny Lee Miller), jednak z powodu spraw osobistych i uzależnienia wyjeżdża do Nowego Jorku. Ojciec detektywa (którego nigdy nie widzimy na ekranie i na razie pozostaje tajemnicą) zapewnia mu pomoc w postaci opieki byłej chirurg – Joan Watson (Lucy Liu). Tak, jedną ze zmian w stosunku do pierwowzorów (książkowego i serialowego) jest zmiana płci Watsona. Początkowo wywoływało to spore kontrowersje, ale rzeczywiście Lucy Liu jako partner Holmesa sprawdza się dobrze, a po tylu odcinkach nadal pozostają tajemnice z przeszłości bohaterki do rozwiązania. 

Sherlock pomaga nowojorskiej policji jako konsultant, posługując się przy tym swoją ogromną inteligencją i wiedzą. Niestety, w porównaniu do produkcji BBC, wszystko musi tutaj być do końca wyjaśnione – od tego, czym jest kodeks rycerski (jakby widz tego nie zrozumiał), po dokładny proces postępowania bohatera. Brakuje tej wiary w widza, która pojawia się w brytyjskim hicie. Na dodatek, nie ma tutaj aż tak błyskotliwych dialogów, a Sherlockowi brakuje tej tajemniczości. Tak jakby jego IQ mimo wszystko nie było wcale aż tak wyższe niż pozostałych.

Pojawiają się nawiązania do książek Arthura Conan Doyle’a jak zainteresowanie pszczelarstwem, granie na skrzypcach oraz sprawy inspirowane opowiadaniami o detektywie, ale wypada to o wiele słabiej niż w przypadku BBC. I tak można by było wymieniać w nieskończoność.

Produkcji brakuje motywu przewodniego – owszem, w kilku odcinkach pojawia się brat Sherlocka i widać, że ma jakieś plany wobec Sherlocka, jest również Moriarty, ale nadal brakuje czegoś, co łączyłoby odcinki w całość. Pod tym względem o wiele lepiej wypada Mentalist oraz Castle (które i tak przestałam oglądać, ponieważ zdążyło mnie już znudzić). A Elementary bardzo szybko zbliża się do momentu, gdy bez żalu odpuszczę sobie jego oglądanie i wezmę się za zaległości w brytyjskich produkcjach (Luther, Downtown Abbey) oraz klasykach (Oz, Rome, Six Feet Under). Czy polecam wam obejrzenie tej produkcji? Zdecydowanie sięgnijcie najpierw po brytyjskiego Sherlocka, ponieważ Elementary nawet w swoich najlepszych momentach nie dorównuje temu, co przygotowało BBC.




sobota, 28 grudnia 2013

Piórkowy odlot, czyli recenzja książki "Wurt" Jeffa Noona

Autor: Jeff Noon
Tytuł: Vurt
Tytuł oryginalny: Wurt
Wydawnictwo: MAG
Seria: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 360
Data wydania: 6/2013
Okładka: twarda

Są książki ponadczasowe, które nawet po upływie lat zaskakują pomysłowością oraz oryginalnością. Do takich z pewnością należy Wurt autorstwa brytyjskiego pisarza science fiction, Jeffa Noona. Tytuł ten ukazał się w serii Uczta Wyobraźni i jest wznowieniem powieści po dwudziestu latach od premiery. Powieść udanie łączy elementy cyberpunku i New Weird, oferując czytelnikowi intrygującą podróż w świat, w którym oniryczne wizje serwowane dzięki tak zwanym piórkom są codziennością. Nic dziwnego, że za pomysłowość i przemyślane prowadzenie wątków Noon otrzymał Arthur C. Clarke Award, czyli wyróżnienie dla najlepszej powieści science fiction wydanej w danym roku. W porównaniu do poprzedniego polskiego wydania, w środku znajdziemy trzy nowe opowiadania pisarza, uzupełniające świat przedstawiony w lekturze, ale nieingerujące w zdarzenia mające miejsce w powieści.

W alternatywnej wizji brytyjskiego miasta Manchester (rodzime miasto pisarza, często obecne w jego dziełach) trudno o optymizm. Mieszkańcy to mieszanka różnych kultur i ras, od czystych ludzi, poprzez robopsy, widmoludzi, aż po szalone, wielogatunkowe mieszanki. Wielu z nich żyje z zasiłków, w miejscach tak przerażających, że nikt prowadzący normalne, spokojnie życie nie chciałby tam się pojawić. Całe miasto oszalało na punkcie silnie uzależniającego narkotyku – piórek. Są to specjalnie przygotowane sny, niezwykle realistyczne, ale i niebezpieczne. Aby zadziałały, należy włożyć je do ust i chwilę odczekać. Niebieskie piórka są legalne i pozwalają doświadczyć bezpiecznych pragnień i marzeń. Różowe to Pornowurty, a czarne można zdobyć tylko na czarnym rynku, ponieważ znajdują się poza prawem, oferując szeroką gamę emocji, nie tylko tych dobrych. Każde z nich jest jednorazowe, dzięki czemu ich twórcy mogą na tym sporo zarobić. Jest jednak jeszcze jedna kategoria – Żółć. Jest to kolor śmierci, a osoba decydująca się na jego zażycie ogromnie ryzykuje, ponieważ nie ma w nim opcji odskoku i natychmiastowego przebudzenia. Śmierć tam oznacza śmierć w świecie rzeczywistym. Nowe technologie sprawiły, że wiele osób zagubionych w swoim życiu znajduje ukojenie w Wurcie. W wielu przypadkach, gdy autor przedstawia tak oryginalny pomysł, czytelnikowi ciężko jest się odnaleźć w świecie, potrafi być zniechęcony lekturą. Jeff Noon powoli wprowadza nowe pojęcia, przeplatając rozdziały krótkimi tekstami instruktażowymi Kota Gracza. Dzięki temu czytelnik czuje satysfakcję z dalszego poznawania świata i jego kompleksowości.

Pierwszoosobowa narracja pozwala śledzić losy Skryby oraz jego towarzyszy. Nazywają się Skitrowcami, żyją z zasiłków, nie dbając zbytnio o przyszłość. Główny bohater z pewnością nie należy do najsympatyczniejszych z powodu swojej niepewności i braku charyzmy. Nie oznacza to jednak, że jest postacią nudną – wprost przeciwnie. W miarę postępu fabuły jego postać zmienia się, a dzięki świetnemu warsztatowi pisarskiemu Brytyjczyka ani na chwilę nie czujemy znudzenia. Opowieść o poszukiwaniach żółtego piórka, aby odnaleźć zagubioną w Żółci siostrę Desdemonę sprawia, że trudno oderwać się od lektury.

Sporym zaskoczeniem okazuje się to, z jaką swobodą autor przedstawia tematy kazirodztwa, nałogów oraz konsekwencji wprowadzenia do obiegu tak uzależniającej używki. Wurt napisany jest niezwykle przystępnym językiem, a dość prosta, liniowa fabuła oraz pierwszoosobowa narracja sprawiają, że całość czyta się niezwykle szybko i bez uczucia przytłoczenia wizją autora. O jakości wydań książek w Uczcie Wyobraźni napisano już bardzo wiele, dlatego warto jedynie nadmienić, że i tym razem mamy do czynienia z ciekawą, pasującą do treści okładką.

Po tylu latach od pierwszego wydania dzieło Jeffa Noona nadal zasługuje na uwagę czytelnika. Przygnębiająca wizja Manchesteru uzależnionego od halucynacji, w których można zapomnieć o świecie rzeczywistym, wciąga i nie pozwala oderwać się od lektury. A na dokładkę otrzymaliśmy trzy, niestety dość krótkie opowiadania, dzięki którym pozostaniemy w tym intrygującym świecie odrobinę dłużej.

Recenzja ukazała się wcześniej na portalu Gildia.pl


czwartek, 26 grudnia 2013

Recenzja filmu "Don Jon", czyli próba reżyserska Gordona-Levitta



Tytuł: Don Jon
Kraj produkcji: USA
Czas trwania: 90 minut
Data premiery: 15 listopada 2013 (Polska) 18 stycznia 2013 (świat)
Obsada: Joseph Gordon-Levitt, Scarlett Johansson, Julianne Moore
Reżyseria: Joseph Gordon-Levitt
Scenariusz: Joseph Gordon-Levitt

Joseph Gordon-Levitt należy do grona moich ulubionych aktorów, dlatego pomimo niezbyt zachęcającego zwiastunu, z ciekawością czekałam na premierę Don Jona. Produkcja zapowiadała się o tyle ciekawie, że Gordon-Levitt występuje tu nie tylko w głównej roli, ale przygotował również scenariusz i zajął się reżyserią. Jak wypadł efekt finalny? Co najmniej dziwnie.

Don Jon to młody mężczyzna uzależniony od pornografii. Najważniejszym elementem jego życia jest seks, a coraz to nowe dziewczyny spotykane w klubach nie są dla niego wystarczające. Kolejne filmy dostarczają mu coś, czego na próżno poszukuje w kobietach. Do momentu, aż na jednej z imprez spotyka „prawdziwą dziesiątkę” - Scarlett Johansson. Po raz pierwszy rozpoczyna związek, który trwa dłużej niż jedną noc. Doświadczony reżyser z pewnością byłby w stanie wykorzystać potencjał, jaki niesie taka historia oraz obsada. Niestety Gordonowi-Levittowi brakuje odwagi i obeznania z samym tworzeniem filmu. I widać to w sposobie przedstawienia historii.

Moja opinia na temat filmu pozostałaby zdecydowanie negatywna, jednak w dalszej części pojawia się Julianne Moore w roli samotnej kobiety uczęszczającej na te same zajęcia co tytułowy bohater. Relacje wiążące Don Jona ze starszą od niego kobietą są interesujące i nareszcie nie mamy do czynienia z wrażeniem, że obcujemy z filmem o nastolatkach, przeznaczonym dla nastolatków. Rozmowa tytułowego maczo z postacią Johansson o egoizmie należy do najciekawszych momentów produkcji.

Don Jon to tytuł po prostu poprawny, z niewykorzystanym potencjałem. Bohater nie należy do najinteligentniejszych, pracuje jako barman, ale chce coś zmienić w swoim życiu. Niestety nie jest to zbyt łatwe. W filmie możemy zauważyć próby puszczania oka do widza i przejaskrawienia stereotypu maczo. Trudno zaklasyfikować to jako komedię, ale trudno też to nazwać dramatem. Właściwie poza irytacją z powodu montażu niektórych scen jak i przyjemnością z oglądania ulubionego aktora lub aktorki (chociaż ja za Johansson zdecydowanie nie przepadam) nie odczujemy żadnych innych wrażeń podczas seansu. Ani nie zapamiętamy go na dłużej. Co jednak jest sporą wadą…

W filmie pojawiają się liczne sceny z filmów pornograficznych i nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby były dobrze wpasowane w całość. A wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że są aż zbyt mocno oderwane od filmu. Na etapie tworzenia scenariusza wyglądało to zapewne bardzo dobrze, ale w momencie gdy oglądam rozmowę bohaterów w restauracji, nagłe głośne dźwięki i sceny seksu irytują i wybijają z oglądania filmu.

Zamiast potencjalnie dobrej satyry otrzymujemy produkcję, która próbuje udawać inteligentną, ale grzęźnie w słabym scenariuszu oraz braku doświadczenia Gordona-Levitta w reżyserii. Trudno nawet stwierdzić, co mogłoby uratować ten tytuł. Najprawdopodobniej musiałaby to być korekta scenariusza oraz wybór na reżysera kogoś, kto ma na swoim koncie więcej produkcji i odpowiednią wiedzę w zakresie ich przygotowania. Całe szczęście, im bliżej końca, tym ciekawiej. Czy jednak warto poświęcić swój czas tej produkcji? Jeśli lubicie Gordona-Levitta albo Johansson a brakuje wam filmów do obejrzenia, to możecie spróbować. Nie nastawiajcie się jednak na coś, co podbije wasze serca i będziecie do tego powracać.

środa, 25 grudnia 2013

Recenzja filmu "Kongres", czy to udany hołd dla twórczości Lema?

Tytuł: Kongres
Tytuł oryginalny: The Congress
Data premiery: 16 maja 2013 (świat), 13 września 2013 (Polska)
Kraj produkcji: Belgia, Francja, Luksemburg, Polska, Izrael, Niemcy
Czas trwania: 122 minuty
Obsada: Robin Wright, Jon Hamm, Danny Huston, Harvey Keitel, Kodi Smit-McPhee
Reżyser: Ari Folman
Scenariusz: Ari Folman, na podstawie powieści "Kongres futurologiczny" Stanisława Lema

Twórczość Lema nie należy do najłatwiejszych do zekranizowania. Wiele prób przeniesienia jego dzieł zakończyło się porażką, a ich realizatorzy nie potrafili oddać klimatu i przesłania zawartego w tekście źródłowym. Ostatnio wyzwanie podjął izraelski reżyser i scenarzysta Ari Folman, znany z niezwykle ciekawego pod względem artystycznym Walca z Baszirem. Na warsztat wybrał opowiadanie Kongres futurologiczny, będące częścią cyklu Dzienniki Gwiezdne, jednak, jak sam przyznaje w wywiadach, starał się zachować cechy charakterystyczne tekstu, dostosowując go jednocześnie do czasów współczesnych. Zabieg niezwykle ryzykowny, lecz w tym przypadku dość udany.

Książkowy niestrudzony badacz i podróżnik Ijon Tichy zostaje w ekranizacji zastąpiony przez Robin Wright graną przez… Robin Wright. Ta amerykańska aktorka zabłysnęła rolą Jenny Curran w Forrescie Gumpie, jednak pomimo dużego talentu nigdy nie przebiła się do ścisłej czołówki Hollywood. Mając świadomość jej twórczości, tym dziwniej ogląda się jej brawurową rolę w Kongresie, ponieważ znana z opowiadania alegoria komunizmu została zastąpiona opowieścią o kryzysie tożsamości. A cóż innego nadaje się do tego lepiej niż świat Fabryki Snów – aktorzy wiecznie martwiący się o kolejne role, łykający antydepresanty i próbujący stworzyć wokół siebie iluzję sukcesu, mając nadzieję na to, że nikt nie dostrzeże ich problemów oraz ludzkich wad. Kult doskonałości nigdzie indziej nie przejawia się z taką siłą, a postępujący rozwój technologii sprawia, że już niedługo będzie można ulepszyć wszystko, cokolwiek sobie wymarzymy. Przed takim wyborem staje wspomniana wcześniej Robin Wright. Sława uzyskana w latach młodości nie przynosi jej kolejnych nagród i udanych ról, bohaterka odrzuca kolejne oferty, miota się pomiędzy kontraktami, bojąc się stawić czoła oczekiwaniom. Zamiast tego poświęca swój czas na samotne wychowywanie dwójki dzieci, szczególną troską otaczając swojego nieuleczalnie chorego syna. Wszystko zmienia się w chwili, gdy otrzymuje ostateczną ofertę od studia Miramount.
Szef wytwórni proponuje bohaterce pełne zeskanowanie jej ciała oraz mimiki twarzy, co pozwoli na przenoszenie jej modelu do dowolnego filmu. W zależności od produkcji można będzie ją odmłodzić lub podstarzeć, a model jej postaci będzie praktycznie nie do odróżnienia od prawdziwej Robin. Istnieje jednak pewne ograniczenie – Wright nigdy więcej nie zagra już w żadnym filmie, nie wystąpi na scenie. Przestanie być aktorką i stanie się zwykłym człowiekiem, oddając swój wygląd studiu. Od pierwszych scen widz ma świadomość, że obcuje z filmem trudnym w odbiorze, niedającym łatwych odpowiedzi. Scenariusz obfituje w długie rozmowy pomiędzy bohaterami umożliwiające lepsze poznanie bohaterów i dające wrażenie kameralności historii bohaterki. Jedną z najlepszych z nich jest konwersacja pomiędzy Wright i jej wieloletnim przyjacielem oraz agentem, gdy przechodzi ona wspomniane skanowanie.
Kongres zaczyna być wierny oryginałowi dopiero od momentu, gdy wkraczamy w świat animacji. Dwadzieścia lat po zeskanowaniu, wizerunek Robin odnosi ogromne sukcesy, a każda kolejna produkcja przysparza jej coraz większe rzesze fanów. Sama bohaterka usunęła się w cień i zajęła spokojnym życiem, jednak w wyniku kończącego się kontraktu, przyjeżdża na tytułowy kongres. Wjazd na teren Miramountu wiąże się z przyjęciem pewnego gazu halucynogennego sprawiającego, że całe otoczenie zamienia się w animację. Na tytułowym spotkaniu dochodzi do niespodziewanego ataku, a Robin budzi się po dłuższym okresie czasu w jeszcze bardziej surrealistycznej rzeczywistości niż na kongresie.
Świat animacji inspirowany jest twórczością rysowników z lat 20-tych oraz 30-tych, mających na swoim koncie takie postacie jak Popeye oraz Betty Boop. Większość budżetu produkcji została wydana na niezwykle pracochłonne prace nad tą częścią tytułu, składającą się na środkowy jego fragment. Dość powiedzieć, że nad 55-minutową animacją pracowało dwustu ludzi z kilku krajów (w tym i Polski). Cały ten wysiłek doskonale widać na ekranie – rysunki są szczegółowe, a rozpiętość barw budzi podziw, chociaż po pewnym czasie możemy poczuć przytłoczenie oraz znużenie. Początkowy zachwyt zaczyna znikać z każdą kolejną minutą, a pomimo ciągle postępującej fabuły, oczekujemy powrotu do ujęć prawdziwych aktorów. Ciężki temat, jaskrawe barwy i zbyt wiele powolnych scen sprawiają, że chcielibyśmy chociaż troszeczkę przyśpieszyć to, co widzimy na ekranie.
Jako całość produkcja Folmana bardzo dobrze się broni, a reżyser umiejętnie wplata w świat Hollywood postacie komediowe. Miłośnicy kina z radością odnajdą tutaj nawiązania do klasyków oraz karykaturalne przedstawienie wielu znanych twórców. Obsada idealnie odnajduje się w powierzonych im rolach. Oglądając Robin Wright niejednokrotnie zastanowimy się, jak dużo widzimy tutaj postaci filmowej, a ile samej aktorki. Kongres to w wielu momentach bardzo intymna podróż w emocje i rozterki bohaterki borykającej się z kryzysem własnej tożsamości. Zamiast licznych efektów specjalnych, odgłosów wybuchów i poruszonej kamery zastosowano spokojne kadry (nad którymi czuwał Polak Michał Englert), liczne ujęcia twarzy postaci oraz umiejętne wyciszanie wszelkich odgłosów otoczenia. Pod względem technologicznym i montażowym mamy do czynienia z niezwykle udaną produkcją.
Wśród takich filmów science fiction jak ElizjumRiddick oraz Star Trek izraelski reżyser tworzy dzieło niezwykle spokojne, stawiające na pierwszym miejscu bohaterkę i jej uczucia, a nie efektowne sceny walk. Wizja przyszłości Folmana niewiele różni się od lemowskiej. Chemiczne środki odurzające przynoszą ich użytkownikom szczęście, jednak zawsze pozostaje pytanie – czy chcemy żyć w iluzji czy też lepiej odważyć się na konfrontację ze światem i przede wszystkim – sobą samym. Śledzenie życiowych wyborów Robin Wright skłania do refleksji nad naszym społeczeństwem oraz wizją przyszłości, która wcale nie wydaje się być tak nieprawdopodobna…
Recenzja ukazała się wcześniej na portalu Gildia.pl


wtorek, 22 listopada 2011

"Po Syberii" czyli kraina targana emocjami i nostalgią

Tytuł: Po Syberii
Oryginalny tytuł: In Syberia
Autor: Colin Thubron
Seria: Orient Express
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 380
Polskie wydanie: 9/2011

Syberia to jeden z tych obszarów kuli ziemskiej, który pozostał dla wielu lądem nie odkrytym, kojarzonym głównie z tajgą, mrozem i tygrysami syberyjskimi. Rzadko kiedy mamy okazję poznać prawdziwe oblicze tego terenu. Na całe szczęście pomocą służą nam książki zafascynowanych tą krainą podróżników. Jednym z nich bezsprzecznie jest Brytyjczyk Colin Thubron. Azja pasjonuje go od zawsze, a z jego licznych wypraw powstały doceniane przez krytyków książki – otrzymał za swoją twórczość między innymi Nagrodę im. Thomasa Cooka.


Warto wspomnieć, że pozycja ta oryginalnie ukazała się w roku 1999, do Polski zawędrowała zatem z dużym opóźnieniem . W ciągu kilkunastu lat opisywana kraina przeszła pewne zmiany, więc chociażby komentarze odnośnie ówczesnego prezydenta Rosji, Jelcyna, są nieaktualne. Nie umniejsza to jednak wartości książki z prostego powodu – poznawanie kolejnych zakamarków Syberii wciąga i zapada na długo w pamięć. Naszą podróż rozpoczynamy od przejazdu przez góry Ural, a kolej transsyberyjska będzie największym sprzymierzeńcem pisarza i śledzących jego przygody czytelników. Na trasie wyprawy przeczytamy między innymi o największym mieście regionu, Nowosybirsku, ale znacznie ciekawiej prezentuje się fragment o znajdującym się w pobliżu akademickim mieście, Akademgorodoku. Ze smutkiem czyta się opisy trudnej sytuacji mieszkańców regionu i braku funduszy na badania i rozwój. W przeciągu całej lektury powoli nabieramy przekonania o bezsilności ludności, ogromnej korupcji i braku zainteresowania Moskwy, chyba że w celu wyzysku.


Książka składa się z kilku rozdziałów i w każdym z nich autor skupia się na innym etapie podroży. Nie wszystkie z nich są jednak równie wciągające – na wyróżnienie zasługują te dotyczące dalekiego wschodu, podupadłego miasteczka mającego być drugą ojczyzną Żydów oraz poznawania losów potomków Rasputina. W pewnych momentach lektury na strony wkrada się lekkie znudzenie i monotonia – autor nie zawsze koncentruje się na rzeczach najciekawszych w danym miejscu, zbyt często opisuje religijność i pozostałości po dawnych wierzeniach czy szamanizmie. Zamiast tego przydałoby się szersze poruszenie tematu budowy kolei transsyberyjskiej i jej funkcjonowania a także tajemniczych miast, które jeszcze do niedawna nie istniały nawet na oficjalnych mapach z powodu swojego znaczenia militarnego.

Mocnym punktem dzieła Colina Thubrona są jego opisy spotkań i rozmów z osobami, które napotyka na swojej drodze – czy jest to zwariowany naukowiec w Akademgorodoku, czy też polski ksiądz nawracający i opiekujący się wiernymi na terenie przy rzece Jenisej. Ze scen, w których pisarz brał udział, jak i słów jego rozmówców wyłania się dość przygnębiający i ponury obraz świata, który gdzieś się zagubił w wyniku upadku komunizmu i rewolucji. Stagnacja, bezsilność i brak widoków na przyszłość bezustannie towarzyszy nam podczas lektury. „Po Syberii” nie jest lekką, łatwą książką, nie znajdziemy tutaj śmiesznych przygód podróżnika – to zapis przejmujących historii ludzi, którzy w większości przypadków zostali spisani na straty przez władze w odległej Moskwie. W wielu momentach poczujemy pewien smutek i wpadniemy w zadumę nad losami tego intrygującego obszaru – całość bezsprzecznie wciąga i pozwala na zobaczenie skomplikowanego obrazu Syberii. W pamięci pozostaną nam sylwetki niezwykłych osób i miejsc.

Bardzo przydatna jest mapka Syberii i zaznaczonej trasy podróży autora – będziemy do niej zaglądali często, więc jej przejrzystość to znaczna zaleta. Zabrakło w książce przynajmniej kilku zdjęć zrobionych przez pisarza. Pozostaje nam zatem nasza wyobraźnia i Internet. Korekta i tłumaczenie stoją na najwyższym poziomie, do czego wydawnictwo Czarne zdążyło nas przyzwyczaić.

Colin Thubron stworzył niezwykłe zapiski swojej podróży, które prezentują obraz Syberii różnorodnej, ale przede wszystkim wyniszczonej i czekającej na lepsze czasy. Miłośnicy wymagającej literatury podróżniczej z pewnością będą usatysfakcjonowani i spędzą miłe chwile podczas lektury.

piątek, 18 listopada 2011

"Niewidzialna" czyli przygotowanie do ostatniego tomu

Tytuł: Niewidzialna
Tytuł oryginalny: Outcast Season: Unseen
Autor: Rachel Caine
Wydawnictwo: Amber
Pierwsze wydanie oryginalne: 2011
Liczba stron: 304
Tom trzeci z planowanych czterech

Z dłuższymi seriami zawsze istnieje pewien problem – nigdy nie wiadomo, czy kolejne książki będą równie ciekawymi i wartościowymi lekturami. Bardzo często autorowi kończą się pomysły i mamy do czynienia z powielaniem schematów oraz prowadzeniem akcji na siłę. Na całe szczęście, amerykańska pisarka Rachel Caine wiedziała, jak się od tego ustrzec przy pisaniu trzeciego tomu (z planowanych czterech) cyklu „Wygnanie”. Z pewnością duża w tym zasługa doświadczenia wyniesionego z bestsellerowych „Wampirów z Morganville”. „Niewidzialna” to udana kontynuacja, powielająca pewien sposób prowadzenia narracji, ale z drugiej strony oferująca ciekawy rozwój bohaterów i zwroty akcji.

Ponownie główną bohaterką zostaje Cassiel – wygnana ze świata dżinnów za nieposłuszeństwo, trafia na Ziemię i za karę przyjmuje ludzką postać. Na dodatek, nie jest już w stanie samodzielnie funkcjonować – jej moce szybko zużywają się, a jedyny ratunek to zaczerpywanie ich od Strażników – ludzi obdarzonych niezwykłymi zdolnościami. Bohaterka razem ze swoim ukochanym, Strażnikiem Luisem, już w poprzednich częściach próbowała uratować świat przed swoją siostrą, Perłą.

Popularne posty