Ridley Scott to bez wątpienia
utalentowany reżyser. Ale jego ostatnie filmy, nie zaliczyłabym do najbardziej udanych
– zarówno Prometeusz, jak i Robin Hood oraz Exodus: Bogowie i królowie to
produkcje, które miały potencjał bycia czym lepszym. Ale niestety nie wszystko
zagrało tak, jak powinno. Dlatego do ekranizacji jednej z najciekawszych
powieści science fiction ostatnich lat, Marsjanina autorstwa Andy’ego Weira, podchodziłam
z dużym dystansem. Chociaż zwiastuny zapowiadały, że możemy mieć do czynienia z
naprawdę udaną produkcją.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 września 2015
piątek, 6 grudnia 2013
Nie taka straszna książka jak jej okładka, czyli recenzja książki "Yggdrasil. Struny czasu".
Tytuł: Yggdrasil. Struny czasu
Autor: Radosław Lewandowski
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 308
Polskie wydanie: 5/2013
Oprawa: miękka
W natłoku nieustannych premier i zaległości czytelniczych, łatwo przeoczyć powieści, których nie wspierają akcje marketingowe, duże wydawnictwo lub co szczególnie rzuca się w oczy w tym wypadku – szata graficzna. Yggdrasil. Struny czasu od początku ma utrudnione zadanie w przekonaniu do siebie czytelnika. Jednak to co zawsze było najważniejsze przy książkach, czyli historia i sposób jej opowiedzenia, stoją na wysokim poziomie. Radosław Lewandowski stworzył dzieło trudne do zaklasyfikowania gatunkowego, mające w sobie elementy cechujące science fiction,fantasy, jak i powieść historyczną. I pomimo małego doświadczenia wyszedł z tego obronną ręką.
Początek Yggdrasila może budzić pewne obawy wobec tego, o czym właściwie jest ta książka i czy aby na pewno nie mamy do czynienia z hard science fiction. Przenosimy się bowiem w XXX wiek, gdzie ludzkość dzięki ogromnemu postępowi technologicznemu podbija kosmos, jednak w wyniku zaniku pewnych partii mięśni powszechne stało się korzystanie ze specjalnych cyborgów przekazujących dane ze spotkań biznesowych do umysłów ich właścicieli. Powieść rozpoczyna się konferencją dotyczącą projektu badawczego jednej z dużych korporacji, przedstawiającą niebezpieczne eksperymenty związane z przeszłością. Trzeba przyznać, że wizja przyszłości zaprezentowana przez Lewandowskiego sprawia wrażenie bardzo prawdopodobnej i pomimo natłoku nowych terminów (CDS-y, skeny) czyta się to z zainteresowaniem. Jednak wiele bardziej interesująco wypadają kolejne rozdziały, gdy autor serwuje nam powrót do odległej przeszłości.
Cofamy się do 994 roku, bliżej niesprecyzowanego regionu krainy Polan. Piastowie dopiero od niedawna scalają tereny w jedno królestwo. Podczas zawieruchy śnieżnej do jednej z wiosek przybywa grupa wikingów. Zostają przywitani przez mieszkańców z odpowiednią gościnnością, jednak dość szybko okazuje się, że nie są jedynymi wojownikami w okolicy. Podczas starcia dochodzi do tajemniczego zdarzenia, w którym postacie przenoszą się w przeszłość. Okres paleolitu został przedstawiony w niezwykle ciekawy sposób, a autor rysuje wizję świata w sposób niezwykle ciekawy oraz wiarygodny. Z tego powodu tym trudniej oderwać się od lektury.
Niestety zdecydowanie gorzej wypadają sami bohaterowie. Nie licząc wikinga Elryka, większość osób raczej nie pozostanie na długo w naszej pamięci. Nie oznacza to jednak, że książkę czyta się źle. Wprost przeciwnie. Autor pomimo braku warsztatowego posiada bardzo dobry styl, potrafiąc w spójny sposób przedstawić zdarzenia, jednak nie do końca radząc sobie z wykorzystaniem stylizacji. Próba napisania dialogów w języku staropolskim wypada dość kiepsko i większość osób bez problemu dostrzeże to, że pisarz nie do końca wiedział jak w wielu sytuacjach stworzyć odpowiednie dialogi. Nie przeszkadza to jednak w pozytywnym odbiorze lektury.
Dawno po zakończeniu czytania książki nie chciałam od razu sięgnąć po drugi tom. Niestety póki co będziemy musieli poczekać zanim dowiemy się, jakie były dalsze losy bohaterów. Powieść można polecić każdemu, kto lubi dobrze napisaną fantastykę z wiarygodnie przedstawionym światem. Radosław Lewandowski doskonale poradził sobie z wykreowaniem świata w czasach Paleolitu oraz przedstawieniem jego mieszkańców, przez co Yggdrasil należy do najciekawszych tegorocznych debiutów w kategorii fantastyki. Zarówno okładka, jak i mała popularność autora nie powinny was zniechęcić do sięgnięcia po tą lekturę.
P.S: Dawno mnie tu nie było - jest to powiązane z nową pracą, ale postaram się mimo wszystko publikować ten jeden, dwa wpisy na tydzień. A tymczasem zapraszam do polubienia mojego profilu na Facebooku, gdzie dzieje się mimo wszystko więcej ;)
niedziela, 6 października 2013
Star Trek, Star Wars, a ja tymczasem zachwycam się Mass Effectem...
Zawsze miałam problemy z filmami
zaliczanymi do klasyki. Wynikało to po części z tego powodu, że po prostu ich
nie widziałam. Nie zawsze interesowałam się aż tak filmami, a oprócz tego w
kolejce czekało mnóstwo książek, seriali oraz gier. A wypadałoby robić coś
jeszcze oprócz tego. Dlatego moja lista filmów do obejrzenia na Filmwebie liczy
obecnie 1780 tytułów. W pewnym momencie było to ponad 2500 produkcji, ale
przejrzałam zestawienie i usunęłam to, co mogę obejrzeć kiedy indziej. Liczba
nadal imponująca, ale do końca roku postaram się zmniejszyć ją do 1500 filmów.
Kto wie, może mi się uda. Tymczasem wzięłam się za oglądanie starszych Star
Treków, przygotowując się do obejrzenia W ciemność. Star Trek. I wrażenia
mam cokolwiek mieszane.
Podobnie jak z Gwiezdnymi
Wojnami (stare części obejrzałam dopiero niedawno i wcale mnie nie
zachwyciły) nie czuję żadnego sentymentu do produkcji, których nie widziałam w
dzieciństwie. To prawdopodobnie dlatego nie oczekuję z niecierpliwością na
kolejne filmy z uniwersum SW i krytycznie patrzę na zachwyty wielu osób nad tą
serią. Podobnie jest ze Star Trekiem. Pierwsza część powstała w 1979 roku i
widać to na każdym kroku. O ile jakość efektów specjalnych wcale mi nie
przeszkadza, tak zupełnie nie mogę znieść tego, w jaki sposób została nakręcona
ta produkcja. Wszystko dzieje się za wolno, pierwsze minuty to po prostu napisy
i widok gwiazd, dialogi są za proste a akcja często ma zbyt powolne tempo.
Pewnie, kiedyś nie kręcono takich filmów jak teraz i fani serii mogą czuć się
oburzeni z powodu tego, co pisze. Nie mając w dzieciństwie styczności ze Star
Trekiem wiele razy robiłam przerwy w oglądaniu i sprawdzałam, co dzieje się w
Internecie. Film zupełnie mnie nie zainteresował, zwłaszcza, że wcześniej
widziałam wersję Abramsa i wiedziałam mniej więcej, co się wydarzy.
O wiele bardziej spodobała mi się
druga część – Gniew Khana z 1982 roku. Ricardo
Montalban świetnie zagrał głównego antybohatera, a wszystkie sceny z tą
postacią naprawdę przykuwały uwagę. Nawet dziwne stroje bohaterów (często w
ogóle niepraktyczne) nie przeszkadzały mi we wciągnięciu się w historię
prezentowaną przez Nicholasa Meyera.
Zaskoczyło mnie to, że w produkcji pojawia się Kirstie Alley - wcześniej
nie miałam pojęcia, że ta produkcja znajduje się w jej filmografii. W tamtych
czasach obecność tak wielu kobiet w rolach głównych w produkcji science fiction
budziła niemałe poruszenie, jednak dla mnie i jak dla wielu współczesnych
widzów jest to coś naturalnego. Zawsze zwracam szczególną uwagę na to, jakie
kobiece postacie pojawiają się w dziele (szczególnie, jeśli to gra
komputerowa). Niedługo najprawdopodobniej doczekamy się pierwszego filmu o
superbohaterach z kobietą w roli głównej, dlatego pod względem odkrywczości
trudno nie docenić rewolucji jaką przyniosły pierwsze Star Treki.
W ciemność. Star Trek
(kolejny przykład „udanego” polskiego tłumaczenia tytułu) to solidna
kontynuacja Star Treka z 2009 roku, jednak można w niej znaleźć dużo wad.
Przez cały czas trwania filmu widać, że produkcja nastawiona jest na młodszą
widownię, fabule brakuje głębi a główny antagonista nie różni się zbytnio od
tego typu postaci widzianych w innych produkcjach. Zabrakło też odpowiedniego
rozwoju postaci, a obecność większości z nich na ekranie służy jedynie do
wyróżniania się akcentem, urodą lub ewentualnie udziału w scenach akcji.
Przykład jest pojawienie się nowej postaci kobiecej – granej przez Alice Eve doktor Carol Marcus. W paru
scenach aż prosi się o dłuższe, mniej wyświechtane dialogi. Również konflikt
pomiędzy Spockiem (Zachary Quinto) a
Uhurą (Zoe Saldana) zostaje rozwiązany
po jednej wzruszającej opowieści Spocka. W filmie zdecydowanie brakuje wyrazistych
charakterów, które zostałyby zapamiętane na dużej. Prawie udaje się to Benedictowi Cumberbatchowi (Khan) ale
nawet z jego talentem aktorskim nie było przeskoczenie słabości scenariusza.
J. J. Abrams bardzo dobrze
przedstawia sceny akcji chociaż w wielu scenach po głębszej analizie można dojść
do wniosku, że pewnie decyzje bohaterów są bezsensowne. I nie tylko to.
Przykłady? Telefony komórkowe w przyszłości będą miały rewelacyjny zasięg –
nawet jak nie działa łączność pomiędzy statkami, to za pomocą telefonu
połączymy się z drugą osobą z każdego miejsca we wszechświecie. Może w
pozostałych scenach wystarczyło zadzwonić a nie próbować przywrócić łączność? A
już na samym początku mamy scenę ucieczki bohaterów, ponieważ najlepiej
odwrócić uwagę tubylców od statku kradnąc ich święty zwój niż zostawić Enterprise
na orbicie i wysłać mały statek, z którego zostanie automatycznie zrzucony
potrzebny ładunek. Ale lepiej narażać wszystkich aby widz czuł więcej emocji.
Ale nie czuje, bo bohaterzy są zbyt płascy i niecharyzmatyczni. I to największy
problem tego filmu. A poniżej kompilacja absurdów w filmie.
Uniwersom Star Treka jak i Star
Wars nie udało się podbić mojego serca. W przypadku pierwszego starsze filmy
nie robią na mnie takiego wrażenia, a nowsze to po prostu blockbustery z dobrą
obsadą i dużą liczbą błysków, natomiast w przypadku drugiego nigdy nie
przepadałam za prostym podziałem na dobro i zło. Jakby tego było mało Yoda mnie
irytował, a Han Solo to za mało aby polubić to uniwersum. Oczywiście są jeszcze
książki (ale tych nie czytałam, więc się nie wypowiadam) oraz gry komputerowe. Zarówno
Knights
of the Old Republic jak i Star Wars: Force Unleashed bardzo mi
się podobały, a w to pierwsze z chęcią zagram ponownie (jak już przejdę
kilkadziesiąt zaległych gier). Jest jednak inne uniwersum science fiction,
które absolutnie uwielbiam i jestem ogromną fanką wszystkiego, co jest z nim
powiązane.
Studio BioWare ze swoją trylogią Mass Effect sprawiło, że przesiedziałam długie godziny nad każdą z części, przeczytałam również wydane komiksy i niedługo zabiorę się za książki. Przygody Sheparda, pierwszego ludzkiego Widma (strażnika wszechświata odpowiadającego tylko przed Radą) oferują coś, czego próżno szukać w filmach sf – możliwość wyboru i samodzielnego pokierowania losami ludzkości i galaktyki. To ode mnie zależało, którzy towarzysze przeżyją do końca oraz to czy bohater przetrwa walkę ze Żniwiarzami.
Oczywiście każda z części miała
mnóstwo wad, a zakończenie trylogii przejdzie do historii jako niezwykle
absurdalne i wkurzające (wybierz kolorek) jednak oprócz bohaterów oraz niezwykle
szczegółowego przedstawienia świata jest coś jeszcze, co czyni gry z serii Mass
Effect moimi ulubionymi – szarość postaci i świata przedstawionego. Kierując
losami Sheparda to ja decyduję, kto przetrwa a kto nie, często nie mając
jednego, dobrego wyboru. Na dodatek scenarzyści w studiu mieli do siebie
przypisanych towarzyszy i każdy tworzył dialogi dla swojej postaci. Dzięki temu
ich charaktery są tak odmienne a o samej grze można dyskutować ze znajomymi godzinami.
Wracając jednak do samego
uniwersum, mamy do czynienia ze światem, w którym ludzkość wcale nie jest taka
potężna i świetna, jak jej się wydaje. Ma ambicje i chce szybko awansować w
hierarchii galaktycznej ale wcale nie jest to takie proste. Na dodatek wiele
ras, które już dłużej zajmują się polityką nadal nie doczekało się swojego
miejsca w Radzie i z zazdrością patrzy na nasz gatunek. Podoba mi się to, że
pomimo równowagi wśród ras, cały czas pojawiają się konflikty, a większości
polityków w grach tylko pozornie zależy na dobrze ogółu, bardziej troszcząc się
o swoje interesy. Właśnie dzięki takiej realności i dbałości o szczegóły Mass
Effect potrafi zachwycić swoim światem. Pokazuje też po części to, co możemy
ogólnie zauważyć w społeczeństwie – ludzie coraz bardziej oczekują gier, filmów
i książek, które nie opowiadają o prostym zwycięstwie dobra nad złem, a nie
wszystkie postacie są tylko dobre bądź tylko złe. Tutaj oczywiście można się
czepiać, że w końcu Shepard chce uratować galaktykę, ale patrzą na drogę jaką
przebył, zawarte sojusze i straty jakie poniósł, daleko mu do wizerunku herosa
sprzed lat. I może właśnie to podoba mi się w tej grze najbardziej (oprócz
rewelacyjnych rozmów z towarzyszami i multiplayera w Mass Effect 3). Poniżej jeden z moich ulubionych utworów Malukah.
Mam wrażenie że ten tekst to
więcej „lania wody” niż konkretów, ale umieszczę go mimo to na blogu. Jeśli
uważacie, że takie coś jest złe, to postaram się umieszczać teksty w trochę
innym styl :)
piątek, 2 września 2011
"Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie" czyli poradnik podróży po czasach dzieciństwa.
Podróże w czasie to jeden z najczęściej spotykanych motywów w literaturze science fiction. Dlatego bardzo ciężko jest stworzyć coś błyskotliwego i świeżego, gdy wiele osób odwołuje daną książkę do „Wehikułu czasu” autorstwa Herbert George Wellsa lub innych dzieł kanonu sf. Debiutancka powieść Charlesa Yu wychodzi jednak z takich porównań obronną ręką, gdyż oprócz opisów technologii i teorii naukowych, równie ważne, o ile nie ważniejsze, są emocje. „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” to książka, która otwiera amerykańskiemu pisarzowi drogę do grona najbardziej utalentowanych twórców młodego pokolenia, o czym świadczy zdobyta nagroda National Book Award za zbiór opowiadań „Third Class Superhero”. I nie są to bezpodstawne pochwały.
Głównym bohaterem powieści jest Charles Yu, ale autor zaprzecza jakimkolwiek powiązaniom pomiędzy jego biografią a historią, którą śledzimy na kartkach książki. Wehikuły czasu to już codzienność i każdy, kto posiada odpowiednie środki finansowe może korzystać z usług firmy Time Warner Time i przenieść się do swoich najlepszych albo najgorszych momentów życia (o dziwo, te drugie są znacznie częściej wybierane). Każda maszyna potrafi się jednak czasami popsuć i wtedy do akcji wkracza nasz bohater – Yu. Nie jest to lukratywna posada, ale ma swoje zalety – nasz bohater może dryfować sobie w nieokreślonej teraźniejszości, w całkowitym odizolowaniu od świata. Jedynymi jego towarzyszami są popadający w silne depresje system operacyjny Tammy oraz nieistniejący, ale ontologicznie niesprzeczny pies.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Green Lantern (2011) - czyli Zielona Latarnia kontra krytyczne opinie sióstr.
We wszechświecie równie olbrzymim, co tajemniczym od wieków istnieje pewna niezauważalna, lecz potężna siła – obrońcy pokoju i sprawiedliwości, zwani Green Lantern Corps. Jest to grupa wojowników, którzy przysięgli strzec międzygalaktycznego porządku. Każdy z nich nosi pierścień, obdarzający go nadzwyczajnymi mocami. Kiedy jednak pojawia się nowy wróg, Parallax, który grozi, że zniszczy układ sił we wszechświecie, losy Green Lantern Corps oraz Ziemi spoczywają w rękach najmłodszego rekruta, Hala Jordana (Ryan Reynolds), pierwszego człowieka w szeregach organizacji. Jeśli wspierany przez innego pilota – swoją ukochaną z dzieciństwa, Carol Ferris (Blake Lively) – szybko nauczy się panować nad nowymi mocami i odnajdzie w sobie odwagę, by pokonać swe lęki, to być może stanie się nie tylko osobą, bez której pokonanie Parallaxa nie byłoby możliwe, … ale także największym wojownikiem Green Lantern.
[oficjalny opis dystrybutora]
To nasz pierwszy tego typu tekst i jesteśmy ciekawe, co sądzicie o tego typu dyskusjach o filmach. Czy wam się podobają, czy może wolelibyście po prostu jedną recenzję. Zwykłe teksty o filmach i serialach też będą się pojawiały. I najważniejsze - jeśli nie widzieliście jeszcze filmu, w dyskusji mogą pojawić się spoilery - nie zdradzamy zakończenia itd. ale drobne strzeszczenia i odwołania do fabuły są.
Radosiewka: Green Lantern, czyli po polsku Zielona Latarnia to tytuł na który czekałam z niecierpliwością z jednego, prostego powodu - gra w nim Ryan Reynolds. Opisy fabuły i pokazywanie kosmitów zasiały we mnie ziarnko wątpliwości, ale na film i tak poszłam.
Raya: A ja w sumie nie miałam pojęcia na co idę do kina. Kiedy przeglądałyśmy repertuar chciałam wybrać się na coś innego...
Radosiewka: A na co innego? Czyżbyś uległa mojej silnej perswazji?:)
Raya: Było mnóstwo fajnych filmów np. Larry Crowne, Drzewo Życia, Oszukać Przeznaczenie V... mogłabym długo wymieniać. Niestety to nie była Twoja perswazja, ale pasująca nam godzina ;]
Radosiewka: Czuję się zawiedziona... A wracając do filmu, sama idea organizacji Green Lantern pochodzi z amerykańskich komiksów, byłam więc przygotowana na dużą ilości braku logiki, patetyczności itd. Ale mimo to, te zielone latarnie energii i kosmici którzy prawie zawsze wyglądają jak ludzie wywoływała u mnie uśmieszki na twarzy.
Raya: Jak dla mnie film nie był w ogóle reklamowany. Nie bez powodu nie miałam o nim bladego pojęcia, kiedy rzuciłaś tytułem. Po prostu nie ma w nim tego braku logiki i ciągłych efektów specjalnych.
Radosiewka: Ja rzadko oglądam TV, ale w necie było o nim dużo pisane, no i w kinach były trailery. Chociaż to koszmarne 3D niedługo nawet z lodówki będzie nam wyskakiwało. W tym filmie nie było jakoś świetnie zrobione, ale przynajmniej efekty specjalne dawały radę. Szkoda tylko, że całość urywa się w najciekawszym momencie w sumie i mamy już rozwiązanie akcji. Film jest według mnie zbyt krótki.
Raya: Omg... jak ja nie znoszę 3D. Po co to komu? Męczy wzrok, kolory są ciemne... Potem podczas reklam jest tylko “zdejmij okulary”, “załóż okulary”. Czy to naprawdę jest aż takie fajne? Efekty specjalne w tym filmie były całkiem dobre, chociaż czasami przekraczały granice absurdu. No, ale przecież o to chodzi w takich filmach. Byleby nie trwało to przez cały czas. Jeśli chodzi o długość “Green Lathern” to również miałam wrażenie, że jakoś szybko się skończył.. Zdążyłyśmy usiąść, pozdejmować te okulary, pooglądać sobie Ryana Reynoldsa, a tu nagle napisy końcowe. Moment, a gdzie punkt kulminacyjny?
Radosiewka: Właśnie nie wiem, chyba zapatrzyłam się w walkę z Parallaxem (swoją drogą kto wymyśla nazwę kojarzącą się z jakimiś lekami?) i zastanawiałam się, co będzie robił gdy jednak ucieknie aby zgromadzić siły przed wielkim finałem. A tutaj bum i nagle koniec!
Radosiewka: Dokładnie. I dziwiło mnie jeszcze to, jak szybko władze USA (przecież nic nigdy nie dzieje się w Europie, a Australia to już temat tabu) zaakceptowały obecność dziwnego zielonego człowieka czarującego tory wyścigowe:P
Raya: No, bo przecież to normalne. Kosmici przylatują, wielka ośmiornica w kształcie trupiej czachy atakuje(niespodzianka) Nowy Jork, a policja każe im opuścić ulice...
Radosiewka: Tja, i schować się w domach, żeby potem nie było korków przez szczątki ludzkie. Jakiejś wybitnej gry aktorskiej nie zauważyłam, ale tego typu filmu tego nie wymagają. W każdy razie Ryan Reynolds wyglądał świetnie jak zawsze.
Raya: Ryan Reynolds sprawia, że obiektywna ocena tego filmu nie jest możliwa. Po prostu “Green Lathern” na wstępie od razu dostaje ode mnie + do oceny. A jak podobali Ci się kosmici? Jak dla mnie byli po prostu śmieszni. Miałam wrażenie, że cofnęłam się do XX wieku.
Radosiewka: Najbardziej rozśmieszyła mnie wielka rada międzygalaktyczna i jej naiwność ukryta niby pod wielką mądrością. A motyw z tym, że poprzednik Hala był najlepszym członkiem tajnej organizacji i Ziemianin nie dorośnie mu do pięt wywołuje śmiech na sali. No i dawno nie słyszałam tyle patetycznych mów o odwadze i przezwyciężaniu strachu.
Raya: Rada to w ogóle jakaś porażka totalna. Po pierwsze czy te “ufoludki” lewitujące w tym kamiennym kręgu, którego nigdy nie opuszczają musiały być takie “dobre”. No ja rozumiem, że w tych wszystkich filmach jest wyraźny podział ‘zło”, “dobro”, ale... Oj tak. Uwielbiam kiedy nasz główny bohater, który jest nikim okazuje się następcą/synem/wujkiem(niepotrzebne skreślić) jakiegoś wielkiego władcy/wojownika etc. Skąd to znamy? Od zera do bohatera?
Radosiewka: Sam motyw z tym, że nasz bohater, próbujący dorównać ojcu w byciu równie dobrym pilotem jak on, a jednocześnie będącym roztrzepaną osobą nie jest zły. Bardziej oklepanym motywem jest złość niezrozumiałego syna jednego z senatorów, który staje się złą postacią i jednym z oponentów. Oczywiście zyskuje specjalne moce i staje się brzydki.
Raya: No ja tego nie rozumiem. Czemu ‘dobro” ma cudowną rodzinę, super moce, takiego Ryana Reynoldsa, a “zło” zawsze jest brzydkie, ma kiepskie, bezsensowne moce, nigdy nie jest przebiegłe... Przecież to jest okropnie głupie.
Radosiewka: Niestety większość tego typu filmów nie wychodzi poza ramy gatunku. Ale Green Lantern jest aż do bólu przeciętny i nie zaskakuje niczym, nie licząc krótkiego czasu trwania i źle dawkowanego napięcia i akcji. Podobno pomimo nie aż tak dużej sprzedaży biletów, powstanie druga część - może będzie lepsza?
Raya: Czyli uległam pierwszemu wrażeniu i urokowi Ryana Reynoldsa. Przecież pamiętasz jak wyszłyśmy z kina i stwierdziłyśmy, że film był super.
Radosiewka: Ale po dzisiejszym obejrzeniu Captaina Ameryki stwierdzam, że taki blockbuster może mieć nie tylko superbohaterów i efekty specjalne, ale także fabułę i jakieś osobowości bohaterów.
Raya: W sumie masz rację, ale uważam również, że tak dyskusja jest bardzo pomocna. Czyli jak? Co o tym ostatecznie sądzisz?
Radosiewka: Zielona Latarnia nie jest filmem złym, ale nie oferuje żadnej uczty dla inteligencji widza, razi sztucznością i naiwnością. Niemniej do oglądania w kinie, gdy chcemy zobaczyć efekty specjalne i grają tam aktorzy których lubimy, film będzie jak znalazł. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy...
Raya: Zgadzam się z Tobą. Film jest w porządku, ale raczej szybko o nim zapomnę. Uważam, że doskonale sprawdzi się dla fanek Ryana Reynolds’a. Zobaczyć go w obcisłym zielonym kostiumie i (śmiesznej)masce to nie lada widowisko ;].
środa, 20 kwietnia 2011
"Następcy" Edwarda M. Lernera, czyli co nieco o nanotechnologii.
Książka „Następcy” Edwarda M. Lernera to próba zainteresowania czytelnika nanotechnologią i wytłumaczenia jej podstawowych założeń w jak najbardziej przystępny sposób, nie zapominając przy tym o dostarczeniu dużej dawki rozrywki. Czym właściwie jest nanotechnologia? To dziedzina nauki zajmująca się niezwykle małymi obiektami, operująca na poziomie pojedynczych atomów. I choć na razie jest to stosunkowo świeża dyscyplina nauki, w „Następcach” dokonano przełomowych odkryć na tym polu.
Brent Cleary, zajmuje się namawianiem potencjalnych klientów do zakupu najnowszego kombinezonu ochronno-bojowego. Niestety, jak na razie produkt ten nie budzi zainteresowania wojska, bohater jeździ, więc na patrole policyjne i przekonuje do testowania nanokombinezonu również inne grupy. Całe jego życie zmienia się w momencie, gdy praktycznie cudem przeżywa wybuch i pożar wywołany przez złodziei ropy.Krótki wstęp przybliża nam postać głównego bohatera, po czym przenosimy się w czasie o kilka miesięcy do przodu, gdy po długiej rekonwalescencji i licznych spotkaniach z lekarzami Brent powraca do korporacji. Swoje przeżycie zawdzięcza specjalnym nanobotom medycznym, aktywowanym w kombinezonie w chwili wybuchu. To one go uratowały, ale też w wyniku zbiegu okoliczności, przedostały się do jego mózgu. Tak prezentuje się wstęp do lektury, który jest przy tym najbardziej wartą uwagi jej częścią.
środa, 13 kwietnia 2011
"Preludium Fundacji" Isaaca Asimova, czyli psychohistoria i przewidywanie przyszłości.
„Preludium Fundacji” Isaaca Asimova to pierwsza (pod względem chronologii wydarzeń) powieść z monumentalnego cyklu science fiction o tytułowej Fundacji. Książka została po raz pierwszy wydana w 1988 roku i była prequelem wprowadzającym czytelnika w świat rozpadającego się Imperium Galaktycznego.
Asimov urodził się w Rosji, ale w wieku trzech lat emigrował do Stanów Zjednoczonych i to właśnie tam napisał wszystkie swoje największe dzieła. „Preludium Fundacji” powstało jako jedna z ostatnich książek pisarza, posiada więc doskonały styl i wypracowany przez lata język.
środa, 9 lutego 2011
,,Nova Swing", czyli lektura o której nigdy nie zapomnimy

Witam Wszystkich! Na sam początek zamieszczam moją recenzję ,,Nova Swing", która już wcześniej pojawiła się na Lubimy Czytać. Zapraszam do lektury.
,,Nova Swing” autorstwa M. Johna Harrisona jest książką na którą czekałam bardzo długo. Zauważyłam ją przez przypadek i od razu zakochałam się w okładce. To wystarczyło, abym kupiła ją tuż po premierze. ,,Nova Swing” należy do bardzo popularnej serii Uczta Wyobraźni w której znajdują się tylko wyjątkowe, trudne tytuły. Miałam okazję się sama o tym przekonać, więc spodziewałam się, że będę musiała skupić cały swój umysł, aby zrozumieć o co chodzi. Czy ,,Nova Swing” jest godna znalezienia się w Uczcie Wyobraźni?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Popularne posty
-
Zaczynają się wakacje (koniec egzaminów i sesji:D) przyszła więc pora na zmiany, także na naszym blogu. Wybrałyśmy kilka najciekawszych sza...
-
Tytuł: Rango Reżyseria: Gore Verbinski Data premiery: 4 marca 2011 (Polska) i 14 lutego 2011(Świat) Produkcja: USA Gatunek: Animac...
-
Tytuł : Zła Kobieta Tytuł oryginału : Bad Teacher Reżyseria : Jake Kasdan Premiera : 12 sierpnia 2011(Polska) i 17 czerwca 2011(Św...
-
Tytuł: Żona na Niby Tytuł oryginału: Just go with it Reżyseria: Dennis Dugan Data premiery: 1 kwietnia 2011 (Polska), 8 lutego 2011(...




