wtorek, 16 sierpnia 2011

"Gdzie Indziej", czyli jedna z moich ulubionych książek



Autor: Gabrielle Zevin
Tytuł: Gdzie Indziej
Wydawnictwo: Initium
Oprawa: miękka
Ilość stron: 246
Cena z okładki: 31,90 zł

„Gdzie Indziej” autorstwa Gabrielle Zevin to książka, która zafascynowała mnie swoim opisem. Niestety miałam ogromny problem ze znalezieniem jej na sklepowych półkach. Kiedy wreszcie mi się udało ją zakupić, z wielkim podekscytowaniem zabrałam się do czytania. Czy „Gdzie Indziej” sprostało moim oczekiwaniom?



Fabuła powieści rozgrywa się w czasach współczesnych. Piętnastoletnia Lizz jest zwykłą nastolatką, której największym zmartwieniem jest wybór collegu bądź sukienki na bal. Jednak pewnego dnia dziewczyna zostaje potrącona przez taksówkę i umiera. Już sam cytat, który znajdziemy na odwrocie książki sporo nam mówi: „Przykro mi, ale nie spotkało mnie nic szczególnego… Jestem tylko dziewczyną, która zapomniała spojrzeć w obie strony, zanim przeszła na drugą stronę ulicy”. Lizz budzi się na statku w piżamie. Dopiero po pewnym czasie zdaje sobie sprawę, że jest martwa. Owy statek zmierza ku krainie zwanej „Gdzie Indziej”, miejscu w którym „żyją” zmarli. Zdruzgotana dziewczyna nagle zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie wyjdzie za mąż, nie będzie miała dzieci, nie zdobędzie prawa jazdy ani nie wybierze się na ten głupi bal. Po dopłynięciu do celu, spotyka swoją babcię- Bett, która opuściła ją tuż przed narodzinami Lizz. Bett pomaga nastolatce zaaklimatyzować się w nowym miejscu, ale akceptacja aktualnego stanu rzeczy okazuje się być bardzo trudna. „Gdzie Indziej” to miejsce nie różniące się praktycznie niczym od naszej Ziemi. Jednakże nie ma tam życia wiecznego, człowiek młodnieje, aż w końcu kiedy staje się niemowlakiem wraca na Ziemię i przychodzi na świat ponownie. Śmierć nie jest końcem, to zaledwie kolejny etap życia. Czy Lizz uda się zaakceptować własną śmierć? Czy odnajdzie się w „Gdzie Indziej”?


Fabuła to istny majstersztyk. Genialny pomysł Gabrielle Zevin ze światem „Gdzie Indziej” zaskoczy nawet najbardziej obeznanych czytelników. W zasadzie, jeśli miałabym być szczera to właśnie chciałabym trafić do takiego miejsca po śmierci. Nie jest przesadnie idealne jak to często bywa w przypadku książek przedstawiających „niebo”. „Gdzie Indziej” faktycznie zdaje się być po prostu następnym etapem życia. Gabrielle Zevin postawiła sobie bardzo trudne zadanie, w końcu bardzo łatwo przekroczyć cienką linię pomiędzy przesadą, a niedosytem. 

Bohaterowie stanowią jeden z największych atutów tego tytułu. Postacie są dobrze wykreowane, a co najważniejsze bardzo realne. Lizz nie jest nikim specjalnym, po prostu nie uważała przechodząc przez ulicę. Jeśli szukacie w tej książce osób, które mają jakieś tajemne moce, muszą ocalić świat, albo coś w ten deseń to nie znajdziecie tego w tej książce. Tutaj autorka skupia się na zwykłych ludziach, ich uczuciach, akceptacji siebie, śmierci oraz utraty bliskich. „Gdzie Indziej” stanowi tytuł pełen „wartości’. „Gdzie Indziej” to wzruszająca lektura, pełna emocji i przemyśleń. Czytając ją miałam wrażenie, że idealnie trafia do mojej duszy. Momentami aż łezka potrafiła zakręcić się w oku. Nie brakowało także fragmentów zabawnych, które dobrze urozmaicały treść.

Trudno mi ukryć fakt, że uwielbiam wydawnictwo „Initium” i zawsze poluję na ich książki. „Gdzie Indziej” posiada cudowną okładkę, która idealnie pasuje do fabuły powieści. Biorąc książkę do ręki czujemy profesjonalizm. Papier jest miły, gładki oraz dobrej jakości. Czcionka czytelna i w dobrym rozmiarze. Niestety trochę musze ponarzekać na korektę. Znajdziemy sporo literówek, które dosyć mocno rzucają się w oczy. Jednak ja jestem w stanie wybaczyć to „Initium”, chociażby ze względu na tą niesamowitą okładkę.

Nie da się ukryć, „Gdzie Indziej” oczarowało mnie całkowicie. Książka trafia do listy „ulubionych”. Komu polecam? Osobom, które nie boją się tytułów wzruszających, psychologicznych, a co najważniejsze oryginalnych. Z pewnością nie pożałujecie spotkania z tą powieścią. Na zawsze zapisze się w Waszej pamięci.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Green Lantern (2011) - czyli Zielona Latarnia kontra krytyczne opinie sióstr.

We wszechświecie równie olbrzymim, co tajemniczym od wieków istnieje pewna niezauważalna, lecz potężna siła – obrońcy pokoju i sprawiedliwości, zwani Green Lantern Corps. Jest to grupa wojowników, którzy przysięgli strzec międzygalaktycznego porządku. Każdy z nich nosi pierścień, obdarzający go nadzwyczajnymi mocami. Kiedy jednak pojawia się nowy wróg, Parallax, który grozi, że zniszczy układ sił we wszechświecie, losy Green Lantern Corps oraz Ziemi spoczywają w rękach najmłodszego rekruta, Hala Jordana (Ryan Reynolds), pierwszego człowieka w szeregach organizacji. Jeśli wspierany przez innego pilota – swoją ukochaną z dzieciństwa, Carol Ferris (Blake Lively) – szybko nauczy się panować nad nowymi mocami i odnajdzie w sobie odwagę, by pokonać swe lęki, to być może stanie się nie tylko osobą, bez której pokonanie Parallaxa nie byłoby możliwe, … ale także największym wojownikiem Green Lantern.
[oficjalny opis dystrybutora]

To nasz pierwszy tego typu tekst i jesteśmy ciekawe, co sądzicie o tego typu dyskusjach o filmach. Czy wam się podobają, czy może wolelibyście po prostu jedną recenzję. Zwykłe teksty o filmach i serialach też będą się pojawiały. I najważniejsze - jeśli nie widzieliście jeszcze filmu, w dyskusji mogą pojawić się spoilery - nie zdradzamy zakończenia itd. ale drobne strzeszczenia i odwołania do fabuły są.

Radosiewka: Green Lantern, czyli po polsku Zielona Latarnia to tytuł na który czekałam z niecierpliwością z jednego, prostego powodu - gra w nim Ryan Reynolds. Opisy fabuły i pokazywanie kosmitów zasiały we mnie ziarnko wątpliwości, ale na film i tak poszłam.

Raya: A ja w sumie nie miałam pojęcia na co idę do kina. Kiedy przeglądałyśmy repertuar chciałam wybrać się na coś innego...

Radosiewka: A na co innego? Czyżbyś uległa mojej silnej perswazji?:)

Raya: Było mnóstwo fajnych filmów np. Larry Crowne, Drzewo Życia, Oszukać Przeznaczenie V... mogłabym długo wymieniać. Niestety to nie była Twoja perswazja, ale pasująca nam godzina ;]

Radosiewka: Czuję się zawiedziona... A wracając do filmu, sama idea organizacji Green Lantern pochodzi z amerykańskich komiksów, byłam więc przygotowana na dużą ilości braku logiki, patetyczności itd. Ale mimo to, te zielone latarnie energii i kosmici którzy prawie zawsze wyglądają jak ludzie wywoływała u mnie uśmieszki na twarzy.




Raya: Jak dla mnie film nie był w ogóle reklamowany. Nie bez powodu nie miałam o nim bladego pojęcia, kiedy rzuciłaś tytułem. Po prostu nie ma w nim tego braku logiki i ciągłych efektów specjalnych. 

Radosiewka: Ja rzadko oglądam TV, ale w necie było o nim dużo pisane, no i w kinach były trailery. Chociaż to koszmarne 3D niedługo nawet z lodówki będzie nam wyskakiwało. W tym filmie nie było jakoś świetnie zrobione, ale przynajmniej efekty specjalne dawały radę. Szkoda tylko, że całość urywa się w najciekawszym momencie w sumie i mamy już rozwiązanie akcji. Film jest według mnie zbyt krótki.

Raya: Omg... jak ja nie znoszę 3D. Po co to komu? Męczy wzrok, kolory są ciemne... Potem podczas reklam jest tylko “zdejmij okulary”, “załóż okulary”. Czy to naprawdę jest aż takie fajne? Efekty specjalne w tym filmie były całkiem dobre, chociaż czasami przekraczały granice absurdu. No, ale przecież o to chodzi w takich filmach. Byleby nie trwało to przez cały czas. Jeśli chodzi o długość “Green Lathern” to również miałam wrażenie, że jakoś szybko się skończył.. Zdążyłyśmy usiąść, pozdejmować te okulary, pooglądać sobie Ryana Reynoldsa, a tu nagle napisy końcowe. Moment, a gdzie punkt kulminacyjny?

Radosiewka: Właśnie nie wiem, chyba zapatrzyłam się w walkę z Parallaxem (swoją drogą kto wymyśla nazwę kojarzącą się z jakimiś lekami?) i zastanawiałam się, co będzie robił gdy jednak ucieknie aby zgromadzić siły przed wielkim finałem. A tutaj bum i nagle koniec!

Raya: Masz na myśli tą wielką ośmiornicę we mgle?



Radosiewka: Dokładnie. I dziwiło mnie jeszcze to, jak szybko władze USA (przecież nic nigdy nie dzieje się w Europie, a Australia to już temat tabu) zaakceptowały obecność dziwnego zielonego człowieka czarującego tory wyścigowe:P

Raya: No, bo przecież to normalne. Kosmici przylatują, wielka ośmiornica w kształcie trupiej czachy atakuje(niespodzianka) Nowy Jork, a policja każe im opuścić ulice... 

Radosiewka: Tja, i schować się w domach, żeby potem nie było korków przez szczątki ludzkie. Jakiejś wybitnej gry aktorskiej nie zauważyłam, ale tego typu filmu tego nie wymagają. W każdy razie Ryan Reynolds wyglądał świetnie jak zawsze.

Raya: Ryan Reynolds sprawia, że obiektywna ocena tego filmu nie jest możliwa. Po prostu “Green Lathern” na wstępie od razu dostaje ode mnie + do oceny. A jak podobali Ci się kosmici? Jak dla mnie byli po prostu śmieszni. Miałam wrażenie, że cofnęłam się do XX wieku. 

Radosiewka: Najbardziej rozśmieszyła mnie wielka rada międzygalaktyczna i jej naiwność ukryta niby pod wielką mądrością. A motyw z tym, że poprzednik Hala był najlepszym członkiem tajnej organizacji i Ziemianin nie dorośnie mu do pięt wywołuje śmiech na sali. No i dawno nie słyszałam tyle patetycznych mów o odwadze i przezwyciężaniu strachu.

Raya: Rada to w ogóle jakaś porażka totalna. Po pierwsze czy te “ufoludki” lewitujące w tym kamiennym kręgu, którego nigdy nie opuszczają musiały być takie “dobre”. No ja rozumiem, że w tych wszystkich filmach jest wyraźny podział ‘zło”, “dobro”, ale... Oj tak. Uwielbiam kiedy nasz główny bohater, który jest nikim okazuje się następcą/synem/wujkiem(niepotrzebne skreślić) jakiegoś wielkiego władcy/wojownika etc. Skąd to znamy? Od zera do bohatera? 

Radosiewka: Sam motyw z tym, że nasz bohater, próbujący dorównać ojcu w byciu równie dobrym pilotem jak on, a jednocześnie będącym roztrzepaną osobą nie jest zły. Bardziej oklepanym motywem jest złość niezrozumiałego syna jednego z senatorów, który staje się złą postacią i jednym z oponentów. Oczywiście zyskuje specjalne moce i staje się brzydki. 

Raya: No ja tego nie rozumiem. Czemu ‘dobro” ma cudowną rodzinę, super moce, takiego Ryana Reynoldsa, a “zło” zawsze jest brzydkie, ma kiepskie, bezsensowne moce, nigdy nie jest przebiegłe... Przecież to jest okropnie głupie.



Radosiewka: Niestety większość tego typu filmów nie wychodzi poza ramy gatunku. Ale Green Lantern jest aż do bólu przeciętny i nie zaskakuje niczym, nie licząc krótkiego czasu trwania i źle dawkowanego napięcia i akcji. Podobno pomimo nie aż tak dużej sprzedaży biletów, powstanie druga część - może będzie lepsza?

Raya: Czyli uległam pierwszemu wrażeniu i urokowi Ryana Reynoldsa. Przecież pamiętasz jak wyszłyśmy z kina i stwierdziłyśmy, że film był super. 

Radosiewka: Ale po dzisiejszym obejrzeniu Captaina Ameryki stwierdzam, że taki blockbuster może mieć nie tylko superbohaterów i efekty specjalne, ale także fabułę i jakieś osobowości bohaterów.

Raya: W sumie masz rację, ale uważam również, że tak dyskusja jest bardzo pomocna. Czyli jak? Co o tym ostatecznie sądzisz?

Radosiewka: Zielona Latarnia nie jest filmem złym, ale nie oferuje żadnej uczty dla inteligencji widza, razi sztucznością i naiwnością. Niemniej do oglądania w kinie, gdy chcemy zobaczyć efekty specjalne i grają tam aktorzy których lubimy, film będzie jak znalazł. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy...

Raya: Zgadzam się z Tobą. Film jest w porządku, ale raczej szybko o nim zapomnę. Uważam, że doskonale sprawdzi się dla fanek Ryana Reynolds’a. Zobaczyć go w obcisłym zielonym kostiumie i (śmiesznej)masce to nie lada widowisko ;].


niedziela, 14 sierpnia 2011

Wiedźma.com.pl, czyli prawdziwe urban fantasy


Książki urban fantasy są ostatnimi czasy bardzo popularne. Jednak nie są to tytuły, które działają na korzyść tego stosunkowo nowego gatunku. Powieści o wampirach, bądź demonach spowodowały, że hasło urban fantasy kojarzy nam się z literaturą słabą, czytaną głównie przez „naiwne” nastolatki. Na szczęście nadal są pisarze, którzy nie odpuszczają tak łatwo i nie dają w pełni polec temu specyficznemu gatunkowi. Pośród tych właśnie osób znalazła się Ewa Białołęcka, autorka „Wiedźma.com.pl”. To właśnie dzięki takim lekturom warto nie rezygnować z urban fantasy.


Krystyna jest samotną matką, posiadającą duże problemy finansowe. Reszka, bo tak właśnie każe na siebie mówić Krystyna, ma niewdzięczną pracę redaktorki. Musi czytać denne powieści i udawać że absurdalne, a czasami wręcz idiotyczne stwierdzenia są świetne. Jednak mimo wszystko nie rezygnuje z tej posady ze względu na swojego syna oraz dlatego, że uwielbia pracę przy komputerze. Krystyna bowiem, jest uzależniona od Internetu i komputera. Pewnego dnia dowiaduje się, że otrzymała spadek po zupełnie nieznanej jej ciotce. Kobieta wyrusza do niewielkiej wsi, gdzie czeka na nią dom, który być może da jej rodzinie lepsze życie. Jednak nic nie dzieje się tak jak powinno. Tajemnicza ciotka, okazuje się być miejscową wiedźmą, postrachem całej wsi. Czy te śmieszne plotki są prawdziwe? Czy duchy widziane przez Reszkę to tylko jej wyobraźnia?

True Blood, czyli niebłyszczących wampirów sezon 4



Wampiry ostatnimi czasy są bardzo popularne. Nie tylko w świecie literatury, ale również filmu. Ekranizacja „Zmierzchu” sprawiła, że zaczęły pojawiać się również seriale takie jak: Vampire Diaries albo True Blood. Obydwa powstały na bazie książek. Pierwszy jest bardziej młodzieżowy, drugi zaś przeznaczony dla publiki dorosłej. Jestem na bieżąco z obydwoma. Jednak dzisiaj chciałabym obiektywnie ocenić najnowszy sezon True Blood, który zbliża się ku końcowi. Wyemitowano już 7 odcinków, a do wielkiego finału dzielą nas zaledwie 5. To 4 sezon True Blood i wzbudzający skrajne emocje - przez wiele osób uważany za niesamowity albo żenująco słaby. Czy serial dalej trzyma swój wysoki poziom? Ze względu na to, że będę powoływać się na poprzednie sezony oraz ten najnowszy ostrzegam, spojlery.

piątek, 12 sierpnia 2011

Recenzja "Amerykanin. Niezwykle skryty dżentelmen" czyli nie mam pomysłu na tytuł...

W dzisiejszych czasach bardzo często filmowcom o wiele bardziej opłaca się adaptować jakąś książkę na film, niż stworzyć własny, oryginalny scenariusz. Czasami jednak taka kombinacja i współistnienie dwóch odmiennych typów rozrywki okazuje się być nietrafionym pomysłem. Właśnie tak stało się z książką autorstwa brytyjskiego pisarza Martina Bootha o tytule „Amerykanin. Niezwykle skryty dżentelmen” oraz jego ekranizacją z Georgem Clooney’em wcielającym się w postać głównego bohatera. 

Na samym początku recenzji warto podkreślić, że okładka książki i obejrzenie filmu (bądź jego zwiastunów) może wprowadzić czytelnika w mylne wrażenie, że mamy do czynienia z dziełem napakowanym akcja, adrenaliną i dużą ilością strzelanin (sugeruje to nawet okładka z biegnącym Clooney’em). Jest to jednak błędne myślenie i aby przynajmniej częściowo przygotować się na odbiór tej lektury należy wiedzieć, że autor położył w niej nacisk na coś zupełnie innego. Akcja książki toczy się w jednym z wielu małych miasteczek położonych w środkowych Włoszech. Narratorem jest sam bohater, przez mieszkańców nazywany Signorem Farfallą (motylem). Prowadzi nas krętymi uliczkami miejscowości, pokazuje miejsca warte odwiedzenia i przede wszystkim twory portrety ludzi, których napotyka na swojej drodze. Od samego początku wiemy jednak, że pod maską artysty zajmującego się malowaniem motyli stąd też jego przydomek) kryje się ktoś inny. Narrator z początku stara się ukryć to, kim jest i czym się zajmuje. Niestety, już sama okładka zdradza dużo o jego profesji (chociaż nie jest to morderca). 

Opisy ludzi i miejsc zajmują znaczną część książki i wymagają przyzwyczajenia się do powolnego postępu akcji i skoncentrowaniu się na wyobrażaniu sobie wszystkiego, co przedstawia Signore Farfalla. A z początku nie jest to łatwe, może wręcz zniechęcić do lektury i odłożenia książki na półkę. Bieg wydarzeń przyśpiesza dopiero pod koniec, gdy już oswoimy się z dużą ilością niepotrzebnych informacji, opisów i jesteśmy gotowi na czytanie „Amerykanina” z pewną przyjemnością pojawia się kulminacyjny moment i szybkie zakończenie. Booth miał zamiar stworzyć lekturę w której umieści dużo przemyśleń o życiu, śmierci i tym, kim jesteśmy ale nie był w stanie w odpowiedni sposób dozować opisy i momenty akcji, które pobudzą przysypiającego czytelnika. 

Osoby które zdążyły wcześniej obejrzeć film i mimo to chcą przeczytać oryginał z pewnością ucieszy wiadomość, że mamy do czynienia z innym zakończeniem. Niemniej książka ta w żadnym aspekcie nie wybija się ponad przeciętność, a ogromna ilość przemyśleń i opisów, bez jakiejkolwiek akcji czy próby zachęcenia do dalszego poznawania fabuły odrzuci wiele osób. Być może miłośnicy Toskanii i Włoch będą zadowoleni z lektury, ale nawet oni znajdą na rynku wydawniczym lepsze tytuły.

Popularne posty